(0) 0,00 PLN
tlo

podróże podwodne / Bristol Blenheim / Malta

Promocje
maj 2005


aparat: Canon Eos 20D
obiektyw: Canon EF-S 10-22 f/3.5-4.5 USM
obudowa: Ikelite + 6" port kopułowy
oświetlenie: lampa błyskowa Ikelite DS125
parametry ekspozycji: 1/40 sek., f/6.3, ISO 100
 
Był 13 grudnia 1941 roku. Na maltańskim lotnisku Luqa trwały ostatnie przygotowania przed startem do kolejnego lotu bojowego. Załoga Blenheima Z7858 oznaczonego kodową literą „M” rozpoczęła kontrolę samolotu. Potem trzech lotników – pilot Frank W. Jury, nawigator Tom G. Black i strzelec pokładowy Dennis J. Mortimer zajęła miejsca w samolocie. Dwa potężne silniki Bristol Mercury prychnęły spalinami i weszły na obroty. Kolejne samoloty kołowały w kierunku pasa startowego, by po długim rozbiegu oderwać się od niego. Tym razem celem ataku eskadry miał być grecki port Argostoli na wyspie Kefalonia.
 

 
 
Jeszcze w drodze do celu na samoloty z 18 dywizjonu RAF spadły od strony słońca, niewidoczne w chwili ataku włoskie myśliwce Macci 200. Jeden z nich celna serią uszkodził wieżyczkę strzelca oraz lewy silnik samolotu Franka Jury. Ciężko uszkodzony bombowiec wypadł z szyku, i po pozbyciu się ładunku bomb, ciągnąc za sobą ogon czarnego dymu, rozpoczął samotny lot ku bazie. Prawie dociągnął, wodując kilkaset metrów przed klifowym brzegiem wyspy. Szczęśliwie dla załogi postrzelany samolot na tyle długo unosił się na powierzchni, że cała trójka zdążyła opuścić swoje stanowiska, by już po chwili znaleźć się na pokładzie łowiącej w pobliżu łodzi rybackiej. (1) (2)
 
Godzina jazdy pick-up’em zleciała nam na rozmowach. Po zjedzeniu lodów na nabrzeżu (tego dnia było okrutnie gorąco) zajęliśmy się przerzucaniem sprzętu na małą, szybką motorówkę. Pianki wciągnęliśmy na siebie jeszcze na molo, by potem uniknąć związanej z tym gimnastyki na ciasnym pokładzie. Co prawda można się było w nich rozpuścić, ale według obietnicy Patricka, właściciela centrum Dive Wise, nie mieliśmy płynąc dłużej niż pięć - siedem minut. Oddaliśmy cumy i ruszyliśmy na małych obrotach ku wyjściu z porciku, by po minięciu końca molo ryknąć silnikiem, i tworząc białe odkosy fal pędzących od dziobu na boki pomknąć w stronę błękitnego morza.


Nie trwało to długo. Zgodnie z zapowiedzią już po kilku minutach ryk silnika zamienił się w spokojne warczenie, by po chwili krążenia zupełnie zamilknąć. Staliśmy w dryfie, a gdzieś pod nami skrywał się „nasz” Blenheim. Jeszcze chwila zeszła naszej trójce na założenie reszty sprzętu, i po chwili zanurzyłem się w jakże przyjemnej, chłodnej wodzie.
 
Opadaliśmy w ciszy przerywanej tylko odgłosem wydychanego powietrza. Wokół było zupełnie niebiesko. W końcu gdzieś daleko, w dole, powoli zaczął materializować się niewyraźny początkowo zarys skrzydeł. To był Blenheim „M” Franka Jury. Zerknąłem na aparat, sprawdziłem ustawienia czasu i przysłony oraz lampę. Wszystko było w najlepszym porządku. Byłem już jakieś sześć, siedem metrów nad wrakiem, gdy zauważyłem, że rzucony przez nas z powierzchni ciężarek z bojką na drugim końcu opustówki pechowo upadł na lewe skrzydło tuż za uszkodzonym w walce silnikiem. Skierowałem się ku niemu, ale Patrick machnął ręką, bym zajął się zdjęciami. Sam natomiast podpłynął do niego i krótkimi szarpnięciami zaczął przesuwać ciężar poza rejon wraku.
 

Skrzydła samolotu zachowały się w nadspodziewanie dobrym stanie. Pewna ilość otworów w ich poszyciu pozwalała zajrzeć do środka, ukazując przestrzenną konstrukcję nośną. Gorzej sytuacja miała się z kadłubem. Części środkowej i belki ogonowej po prostu nie było. Natomiast sam statecznik pionowy i poziome wraz z wózkiem kółka ogonowego znajdował się z przodu samolotu. I to odwrócony o 180 stopni! Był to, jak wspomniał przed nurkowaniem Patrick efekt głupiej i nieudolnej próby podniesienia tego fragmentu samolotu kilka lat temu. Próby, która doprowadziła do dalszego jego zniszczenia. Odwróciłem się ku przodowi Blenheima. Przed sobą miałem dwie kratownice, na których tkwiła dolna część siedzenia pilota wraz z drążkiem sterowym. Zupełnie natomiast zniknęło poszycie tej części kadłuba, co z drugiej strony pozwalało zajrzeć w system sterowania samolotu, z licznymi bloczkami i linkami sterów. Obok liczne kółka, przewody, elementy metalowe. Wszystko pokryte nalotem i rdzą. Niewielki kawałek kabiny, pozwalający jednak na rozpoznanie różnych elementów.

Zrobiłem kilka zdjęć, gdy z góry spłynął na fotel Patrick. Widac zachciało mu się „polatać”, ale jednocześnie uniósł w gorę trochę osadów z dna. Zrobilem jeszcze jedno zdjęcie, tak, by miał coś na pamiątkę i ruszyłem ku prawemu skrzydłu, którego pozbawiony osłon, 905 konny silnik gwiazdowy Bristol Mercury, wciąż kończył się trójłopatowym śmigłem. Wdzięczny element do uwiecznienia w kadrze, tak więc oświetliłem je błyskiem z lampy, wydobywając rdzawą czerwień łopat śmigła, w tle mając niebieski kształt reszty wraku. Zerwane poszycie ukazało nie tylko elementy silnika, ale i tkwiące w pozycji „wciągnięte” koło podwozia głównego. Dotknąłem go - czarna guma była dość twarda i w naprawdę dobrym stanie! Liczne ryby, które uznały wrak za swój dom kręciły się stadnie, zdziwione światłem lampy błyskowej. Opłynąłem powoli cały płatowiec. Lewy silnik nie zachował się w tak dobrym stanie jak prawy. Stracił łopaty śmigła, ale i tak wyglądał fascynująco. Co prawda ciężko było rozpoznać, które z uszkodzeń pochodzą od ognia włoskiego Macci, a co było wynikiem wodowania oraz upływu czasu, ale na wyciągnięcie ręki miałem przed sobą historię. I to przez duże „H”. Wszędzie dookoła, na dnie walały się elementy samolotu, przemieszane z gnanymi przez prąd wody elementami morskiej flory. Wystający z dna stabilny samolot stanowił miejsce o który się zaczepiały tworząc rosnący powoli szaniec. Jeszcze raz opłynąłem wrak. Leżał spokojnie, w ciszy na głębokości 43 metrów, skrywając historię swojego ostatniego lotu.


Czas było wracać. Deco doszło co prawda dopiero do 9 minut, ale nie chciałem przesadzać przed jutrzejszym, wieczornym lotem powrotnym do kraju. A zresztą w ciągu tych dwudziestu minut czasu dennego udało mi się zrobić kilka ciekawych zdjęć, co w zupełności mnie satysfakcjonowało. Ruszyłem ku powierzchni, pilnując prędkości wynurzania i zatrzymując się na kolejnych przystankach dekompresyjnych. Zerkałem od czasu do czasu w dół, przyglądając się niknącemu w oddali Blenheimowi „M”.


ZAMÓWIENIA
KONTO
KONTAKT
© 2017 fotopodwodna.pl        Oprogramowanie sklepu internetowego web-market.pl
^
Aby zapewnić Państwu najlepsza formę prezentacji i możliwość szybkiego złożenia zamówienia na naszej stronie wykorzystujemy pliki cookies. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. W każdej chwili możesz zmienić swoje ustawienia. Dowiedz się więcej w naszej Polityce Prywatności