(0) 0,00 PLN
tlo

podróże podwodne / Bornholm / Dania

Promocje
lipiec 2009

aparat: Nikon D300
obiektyw: Nikkor 105 mm f/2.8 mikro VR
obudowa: Ikelite + płaski port obiektywowy
lampa błyskowa: Ikelite DS160
parametry ekspozycji: 1/160 sek., f/13, ISO 200

 

To nic fajnego, gdy o 5 nad ranem, na zupełnie pustej autostradzie wiodącej na północ, do Sasnitz pęknie w samochodzie opona. Zwłaszcza gdy autem tym jest wypakowany po dach Mercedes Vito, wiozący oprócz pięciu osób cztery twinsety, sześć butli piętnastolitrowych, trzy duże zestawy foto, dwa video, furę sprzętu i jeszcze jedzenie. Po chwili staliśmy na pasie awaryjnym, i po ustawieniu trójkąta awaryjnego rozpoczęliśmy wyładunek wszystkich tych „zabawek”, by dostać się do koła zapasowego. Nie minęło pięć minut, gdy pobocze zaczęło przypominać arabski kramik. Pracowaliśmy dość szybko, bo mimo lekkiego marginesu bezpieczeństwa który założyliśmy wyjeżdżając, nie mieliśmy już zbyt wiele czasu do odpłynięcia promu na Bornholm. A głupio było by się spóźnić…

Kwatera, którą zaproponowało nam Visit Denmark była doskonała. Położony w sosnowym lesie rozległy camping krył położone w dużych odstępach od siebie (po ok. 70 metrów), ukryte wśród drzew parterowe domki. Przestronne i wygodne. Każdy składał się z 4 sypialni, dużej kuchni i salonu oraz łazienki i sauny. Od morza dzieliło nas 10 minut spaceru, więc zaraz po rozpakowaniu samochodu ruszyliśmy w kierunku plaży. Słońce powoli kładło się na horyzoncie, dając długie cienie i zalewając piasek plaży ciepłym, złotym blaskiem. Szum fal i ciemniejące niebo przypominało o trudach podróży i zachęcało do pójścia spać. W końcu jutro rano mieliśmy rozpocząć nurkowania.
 

Mimo pięknej pogody i gładkiej wody miny mieliśmy nietęgie. Kwestia nurkowań mocno się skomplikowała, jako ze stewa RIB’a, którym dysponowało nasze centrum nurkowe (Dykkergaarden) okazała się uszkodzona i łódź nie nadawała się do użytku. Podobno za 2-3 dni miała być wymieniona. Na razie sympatyczni Duńczycy zaproponowali nam nurkowania z brzegu. Cóż, wyposzczonym nurkom i to pasowało, choć byliśmy mocno nastawieni na wraki, których wizja odsuwała się w niewyraźna przyszłość. No, ale nie było co kwękać. Wskoczyliśmy do naszego busa i ruszyliśmy w drogę za prowadzącym nas Per’em, do miejsca zwanego Sorthat. Dziesięć minut jazdy minęło dość szybko i już po chwili parkowałem przy łagodnie schodzącej ze wzgórza w kierunku plaży drodze. Kolorowe domki kąpielowe rozstawione co kilkanaście metrów dodawały uroku okolicy. Krótkie omówienie nurkowania i mogliśmy zacząć składać sprzęt. Za rada naszego przewodnika do aparatu założyłem obiektyw makro, licząc na jakieś spektakularne znaleziska. Wejście na głębszą wodę wcale nie było łatwe. Po przejściu piaszczystej plaży, okazało się że dno tworzy w tym miejscu wąwozy i wzgórza, tak że co chwilę, szorując brzuchem po schowanej 30 centymetrów pod taflą wody skale, musiałem przesuwać się w kierunku kolejnego kawałka wolnej wody. I tak z pięć czy sześć razy… W końcu Per dał nam znak, ze zabawa w czołganie już się skończyła, więc z ulgą wypuściłem powietrze z jacketu, i zanurzyłam się w przyjemnie chłodnej wodzie. Dno opadało do ok. 4,5 metra, a przejrzystość dużo pozostawiała do życzenia. Ruszyłem w kierunku północnym, jeszcze przez chwilę widząc płetwy poprzedzającego mnie Darka, ale już po chwili, gdy skupiłem się na mijanych elementach fauny i flory i one zniknęły. Zająłem się wiec wyszukiwaniem czegoś do uwiecznienia w kadrze. Niewielkie ryby wyglądające spomiędzy kamieni były pierwszymi, które wziąłem na cel. Kilka zdjęć, które zrobiłem w zupełności wystarczyło i trzymając się mniej więcej azymutu ruszyłem w dalszą drogę. Ale morze nie było dziś dla mnie zbyt łaskawe. Owszem, znajdowałem co chwilę coś do sfotografowania, ale nie było jakichś spektakularnych zdjęć. W końcu odpuściłem i po 70 minutach nurkowania wróciłem na powierzchnię. Cztery osoby z naszej nurkującej szóstki już były na plaży. Brakowało jeszcze Dominika, ale nim doczołgałem się do brzegu i jego głowa pokazała się na powierzchni.
 

Popołudniowe nurkowanie wcale nie zapowiadało się lepiej. Co prawda według Per’a stare nabrzeże porciku w Vang gwarantowało spotkanie z flądrami, ale przecież i na porannym zanurzeniu mieliśmy mieć sporo sytuacji zdjęciowych… Znów nie miało być zbyt głęboko, więc w ramach oszczędzania pleców ponownie sięgnąłem po pojedynczą butlę. Ostatnia kontrola sprzętu i jako jeden z ostatnich skoczyłem z wysokiego nabrzeża do znajdującej się z trzy metry niżej wody. Piaszczyste dno w pierwszej chwili trochę mnie zniechęciło. Leżące na nim opony, puszki i inne śmiecie nie tworzyły zbyt urokliwego krajobrazu. W wodzie unosiło się klika meduz, więc odpuściłem kontemplację tego co na dole i zacząłem robić zdjęcia w toni. To był dobry początek, bo gdy po kilku fotkach znów zerknąłem w dół, poniżej ujrzałem czysty piasek porośnięty gdzieniegdzie zieloną roślinnością. A na nim Dominika, który leżąc płasko na brzuchu, przymierzał się do uchwycenia w kadrze flądry. Wcale się nie bała i mimo że był od niej tylko o kilkadziesiąt centymetrów, spokojnie pozowała. Opadłem w kierunku dna, ale kilka metrów obok, tak by im nie przeszkadzać. Chwilkę się rozglądałem i po chwili i ja zauważyłem, że na dnie aż roiło się od fląder. Było ich z siedem czy osiem sztuk. Jedną, leżącą na pograniczu piasku i roślinności wybrałem sobie za cel. Leżąc na dnie podsuwałem się do niej powolutku, tak by jak najmniej zdenerwować ją swoją obecnością. Szło nieźle i po chwili byłem już tylko jakiś metr od niej. Jeszcze kilkanaście centymetrów… Ryba ostrzegawczo uniosła się troszkę w górę. Znieruchomiałem natychmiast i przytrzymałem oddech, tak by swoimi bąblami nie sprowokować jej do ucieczki. Patrzyła na mnie nieufnie, ale chyba uspokoiła się trochę, bo po kilkunastu sekundach znów ułożyła się na dnie. Ostrożnie wypuściłem z płuc powietrze, a następnie uniosłem do oka aparat. Błysk lampy wcale jej nie przeszkadzał, więc po dwóch kolejnych zdjęciach zaryzykowałem kolejne podsunięcie się do przodu. Przyjęła to ze stoickim spokojem, pozwalając mi na wykonanie kolejnych ujęć. W końcu miałem dość i ruszyłem w kierunku zachodnim, tak by opłynąć betonowe molo. Dno z piaszczystego przeszło w porośnięte gęstą roślinnością, wśród której unosiły się półprzeźroczyste kopuły meduz. Kręcąc się i pstrykając kolejne zdjęcia doszedłem prawie do godziny nurkowania, więc czas było zacząć wychodzić. Wynurzyłem się tuż koło molo, znów jako przedostatni. Tym razem jednak wyjście było jeszcze cięższe. Bardzo strome podejście wymagało przy wspinaczce pomocy w postaci  zwieszającej się z góry liny. Z aparatem i płetwami w rękach było to właściwie a wykonalne. Dobrze, że Alek i Per czekali u nasady mola. Podałem im sprzęt, a potem zacząłem mozolne wciąganie się w górę. Sapiąc niemiłosiernie błogosławiłem w myślach chwilę, gdy zdecydowałem się na pojedynczą butlę. W twinie wypluł bym tu płuca.
 

Poranek przywitał nas znów słońcem. Dziś dyżur w kuchni miał pełnić Dominik, więc na śniadanie nie należało spodziewać się niczego ponad płatki kukurydziane zalane zimnym mlekiem. No, chyba że miałby bardzo dobry dzień, to przy odrobinie szczęścia na stole miały szansę pojawić się słoiki z dżemem i miodem oraz bochenek chleba. Ale to i tak za jakieś półtorej godziny, bo na razie nasz kucharz wciąż przebywał w objęciach Morfeusza… Zrobiłem sobie dwie kromki z mielonką i wyszedłem przed dom rozprostować kości. Było pięknie. Przez drzewa przebijały się snopy promieni słonecznych, tworząc na trawie jasne plamy. Od czasu do czasu któryś z ukrytych w koronach sosen ptaków odezwał się śpiewnie do swoich towarzyszy. Niespiesznie ruszyłem w dół wzgórza, delektując się senna, spokojna atmosferą wybrzeża wyspy. Ciężko było sobie wyobrazić, że ledwie 2 kilometry stąd znajdowały się wielkie betonowe bunkry, w których Niemcy po zajęciu Danii w czasie II wojny światowej planowali osadzić wielkie działa. Wariactwo. Niespiesznie ruszyłem z powrotem, do domku. Przez uchylone drzwi wydostawał się na zewnątrz zapach porannej kawy. Niechybny znak że towarzystwo przynajmniej częściowo wstało już z łóżek.
 

Dopakowaliśmy busa i tuż po 9’tej rano ruszyliśmy w naszą codzienna podróż z kempingu przy Strandmarken (na południowo-wschodnim krańcu wyspy) do Ronne, gdzie mieściło się nasze centrum. Skręcałem właśnie w boczną uliczkę przed białym domkiem Dykkergaarden, gdy moją uwagę przykuły liczne samochody zaparkowane na poboczu. Wcisnąłem naszego busa w jakąś lukę i zaintrygowany poszedłem do Per’a dowiedzieć się co to za zbiegowisko. Pięć aut?! Tutaj? Roześmiał się słysząc moje pytanie i przedstawił mnie kilku kręcącym się wokół osobom. Dziś nie mieliśmy nurkować sami, ale w towarzystwie kilkorga Duńczyków. Fajnie. Gorzej, że Per zaplanował pierwsze zanurzenie w Huelehavn, odległym raptem o kilka kilometrów od miejsca naszego noclegu. Mogliśmy się więc spotkać na miejscu… Nie było jednak co biadolić, więc spakowaliśmy się na powrót do Vito i ruszyliśmy w drogę. Po czterdziestu minutach zaparkowaliśmy w cieniu potężnych drzew. Do wody mieliśmy schodzić z małego molo, znajdującego się tuż za zatoczką z niewielkim portem. Było tak ładnie, że składanie sprzętu przeciągało się ponad miarę. W pięć osób tkwiliśmy już w wodzie, podczas gdy kolejne trzy (niestety z naszej grupy) wciąż jeszcze nie były gotowe. By nie słuchać komentarzy Duńczyków zanurzyłem się w płytkiej wodzie, i zacząłem przeglądać porastające dno gęste listowie. Po chwili dołączył do mnie Dominik, tak więc mimo dość dużej ilości drobin wiszących w wodzie zacząłem robić mu zdjęcia. W końcu, po 10 minutach wróciliśmy na powierzchnię. Reszta ekipy właśnie wchodziła do wody i była szansa na rozpoczęcie nurkowania. Wszyscy z aparatami lub kamerami. Niezłe zagęszczenie sprzętu na metr kwadratowy… Kobierzec bujnej roślinności, mocno sfalowany przy powierzchni dość szybko się uspokoił. Ustawiłem się w tyle peletonu (jak ja nie lubię pływać w takim tłumie!), pozostając w kontakcie wzrokowym z odległymi o kilka metrów nurkami. Zerknąłem w lewo, bo coś przyciągnęło moją uwagę. Jakiś ruch. I rzeczywiście, tuż nad dnem powoli przesuwała się wielka węgorzyca. Ruszyłem w jej stronę zwiększając głębokość i jednocześnie przeklinając w myślach zabranie na to nurkowanie obiektywu rybie oko. Mimo dużych rozmiarów ryba wciąż stanowiła niewielki fragment kadru. Starałem się maksymalnie skrócić ten dystans, podpływając do wolno sunącego zwierza. Ale by zrobić w miarę fajne ujęcie musiałem prawie jej dotknąć portem obiektywu. A tego było już za wiele. Gwałtownie przyspieszając wygięła się do mnie bokiem, by w ułamku sekundy później pokazać mi tylko ogon i zniknąć w zielonej czeluści Bałtyku. Szkoda. Ale coś tam miałem uchwycone w kadrze. Na razie wróciłem do dalszego przepatrywania dna, w nadziei, że jeszcze los się do mnie uśmiechnie.
 

Wtorek. Znów słonecznie. I po telefonie do Per’a wiem, że nadal nie ma RIB’a. Kurczę, wraki stawały się coraz bardziej odległe. Wygląda na to, że dziś pojadę nurkować sam, bo pozostała czwórka z naszej ekipy ma dość wchodzenia do wody z brzegu. Nie tego oczekiwali. Gdy w końcu dojechaliśmy do Ronne, zostawili mnie przy bazie a sami ruszyli na objazd wyspy. Pomachałem im i z Per’em oraz szóstką mających dziś nurkować Duńczyków zaczęliśmy opracowywać plan dnia. Bez oporów z mojej strony ustaliliśmy, że pojedziemy do Listed, dość blisko Huelehavn, gdzie nurkowaliśmy wczoraj rano. Sprzęt wrzuciłem do busa Per’a, a potem podszedłem do Svena. To z nim miałem dojechać na miejsce. Wskoczyliśmy do odrapanego Nissana Bluebirda (ja z lewej strony, bo auto miało kierownicę po prawej) i ruszyliśmy w 30 kilometrową podróż. Rozmowa nam trochę kulała, bo angielski mojego kierowcy był dość przeciętny, ale dawaliśmy radę. Sven był Duńczykiem – buntownikiem. I łowca przygód. Właśnie wrócił z tury bojowej w Afganistanie, gdzie służył w jednostce saperów. A teraz kończył u Per’a kurs nurkowania, jako ze zapragnął zostać saperem podwodnym. Podobno w Bałtyku wciąż było co rozminowywać, a jego pociągała adrenalina. Stąd to auto, które sprowadził z Japonii, a które było podobno głównym bohaterem filmu „Szybcy i wściekli”, jego ulubionej produkcji. No i za nic miał przepisy, ograniczenia i limity. W końcu był renegatem. By mi to udowodnić z pogardą dla śmierci i miejscowej policji rozpędził swoja furę do 90 km/h, zupełnie lekceważąc obowiązujące na wyspie ograniczenie do 80’ciu. Ufff, to było coś… Na szczęście w końcu dojechaliśmy i mogłem zająć się składaniem swojego sprzętu. Pomny wczorajszego doświadczenia z węgorzycą długo nie mogłem zdecydować się na wybór obiektywu. W końcu założyłem jednak długie makro. Chłopaki szykowali się jeszcze, gdy po ustaleniu czasu nurkowania z Per’em wszedłem do chłodnej wody. Zieleń otuliła mnie ze wszystkich stron, przy dnie prezentując znów bujną roślinność. Dno było mocno pofalowane, z dużymi wypiętrzeniami przypominającymi porośnięte lasami góry. Wpłynąłem pomiędzy nie i sunąc doliną przepatrywałem okolicę w poszukiwaniu czegoś godnego uwiecznienia w kadrze. Dwa fałszywe alarmy nie zniechęciły mnie i gdy znów wśród zieleni zauważyłem ruch zawróciłem, by zerknąć kto zacz. Delikatnie odchyliłem pierwszy z liści i przez krótką chwilę patrzyliśmy sobie prosto w oczy – krewetka i ja. Nim schowała się wstydliwie za kolejną zasłoną zauważyłem, że miała fajne, żółte stawy na odnóżach. Sięgnąłem po kolejny z liści i delikatnie go uniosłem. Popatrzyła na mnie przez chwilę, z niemym wyrzutem wyraźnie widocznym w oczach, ale nim zdążyłem unieśc aparat do oka, znów się cofnęła, znikając za zielonym przepierzeniem. Najwyraźniej bawiliśmy się w ciuciubabkę. Co odsunąłem zasłaniający ją liść, czekała tylko tyle, bym przyłożył aparat do oka. Wtedy niespiesznie znikała w głębinie krzewu. I tak liść po liściu. Do czasu jednak. Już traciłem nadzieję, gdy obok pojawiła się jej kuzynka. Równie piękna, i szykowna z żółtymi stawami długich, niebieskawych nóg. Byłem właściwie gotów  przenieść na nią moje zainteresowanie, gdy dotychczasowa uciekinierka skończyła kokietowanie i z gracją ustawiła się do zdjęcia. Nie przerażał ją ani błysk flesza, ani zmiany ustawień aparatu, których dokonywałem pomiędzy poszczególnymi zdjęciami. Wreszcie współpracowaliśmy. Cóż, chyba poczuła się zaniepokojona obecnością konkurentki i możliwością stracenia statusu gwiazdy. Robiłem kolejne zdjęcia, mimo ze było mi upiornie niewygodnie. Lewą ręką podtrzymywałem opadające liście, a prawą ustawiałem kadr i naciskałem spust migawki. Każda zmiana ustawień, lampy czy aparatu wymagała delikatnego opuszczenia liści i wycofania się ciut do tyłu, by przypadkiem nieostrożnym ruchem nie zmącić sobie wody. Kolejne błyski flesza zwiastowały, że ilość ujęć krewetki sięgała już około dwudziestu. Nie było źle. Jeszcze raz nacisnąłem spust migawki, a potem delikatnie przykryłem moją modelkę liśćmi. Chyba była zadowolona z sesji, gdy to robiłem, mrugnęła do mnie okiem… choć może mi się tylko zdawało…
 

Środowy wieczór minął nam na długich dyskusjach. A było o czym rozmawiać, bo po raz pierwszy nie nurkowaliśmy z chłopakami z Dykkergaarden. Wciąż nie mieli RIB’a,a obiecywany przez nich termin jego powrotu z naprawy wypadał już daleko poza dzień naszego wyjazdu z wyspy. Zresztą nurkowaliśmy dziś tylko we dwóch z Dominikiem, wynajmując łódź w celu zanurzenia się na wraku rosyjskiego okrętu podwodnego klasy Whiskey. To było fajne doświadczenie, choć słaba widoczność na dole i duże koszty (musieliśmy opłacić cała łódź, czyli zapłacić za 6 nurkujących osób) zniechęciły nas do dalszej eksploracji wraków ta metodą. Ratunek przyszedł od alka, który korzystając z dobrodziejstw współczesnej techniki (ach, telefony komórkowe to mega wynalazek) szukał rozwiązania. Gdy wszedł do salonu, w którym siedzieliśmy, potoczył triumfalnie wzrokiem po naszej czwórce. Jurto do Bornholmu miał podejść „Doktor Lubecki” z ekipą nurków. I duży RIB, który zabrali ze sobą, by rozejrzeć się po nowych wrakach. Tak więc, jeśli rano będziemy wraz z całym sprzętem w Nexo, możemy wyskoczyć z nimi na jakiegoś nurka. Woda po wschodniej stronie wyspy powinna być lepsza niż od zachodu, gdzie spoczywał wrak rosyjskiego okrętu, wiec była szansa na ciekawe nurkowanie. Znów do naszych rozmów powrócił optymizm. Może jednak się uda?

Znów, gdy doszło co do czego, okazało się że nurkujemy tylko we dwóch, Dominik i ja. Przenieśliśmy cały sprzęt na RIB’a i ruszyliśmy w drogę. Naszym celem był wrak szkockiego szkunera Ada, który zatonął w 1867 roku i spoczywał na głębokości 42 metrów. Zapowiadało się fascynująco, jako że podobno mimo znacznego zniszczenia jednostki wciąż były na nim nieźle zachowane elementy wyposażenia. Dziesięć minut szybkiej „jazdy” po spokojnej wodzie i byliśmy na pozycji. Ostatnia kontrola sprzętu i jeden po drugim zsunęliśmy się do wody. Odebrałem jeszcze od Alka aparat. Dominik to samo zrobił z drugiej burty i byliśmy gotowi. Opadaliśmy w dół, wypatrując w ciemniejącej toni śladów dna i wraku. W końcu, gdy było już zupełnie czarno w dole coś zamajaczyło. Rozłożony drewniany kadłub szkunera. Dominik ładnie wyhamował nad dnem, ale ja zbyt późno zwolniłem opadanie i poczułem jak płetwami wjechałem w dno. Upsss… Wokół uniosła się chmurka osadów. Sorki. L Ruszyliśmy wzdłuż jednostki poszukując ciekawych elementów do uwiecznienia w kadrze. Na pierwszy ogień poszła kotwica. Leżała na drewnianej stępce, zachęcając do fotografowania. Dominik pierwszy wziął się do pracy, podpływając do niej na niewielką odległość. Wspomógł sobie auto fokus światłem pilotującym zabudowanym na środku obudowy (ech, ładnego miał tego SeaCama…). Ja wolałem mieć szersze kadry, więc odsunąłem się nieco od nich, i ostrząc na jego światła też zacząłem pstrykać. Płynąc dalej wzdłuż burty zauważyłem duży, drewniany kabestan. Dobrze zachowany doskonale prezentował się na tle mocno zniszczonego wraku. Pływając nad samym dnem zaglądaliśmy w różne zakamarki, poszukując ciekawych elementów wyposażenia. Czas było jednak wracać na powierzchnię. Zawisłem na pierwszym z przystanków i zacząłem przeglądać zdjęcia. Mina rzedła mi coraz bardziej. Nie do końca o to mi chodziło, gdy je robiłem. Rezultaty pozostawiały sporo do życzenia. W normalnych warunkach można by tu było jeszcze wrócić i poprawić ujęcia. Ale tego RIB’a mieliśmy tylko na jedno nurkowanie. I ono właśnie dobiegało końca…


 

 


ZAMÓWIENIA
KONTO
KONTAKT
© 2017 fotopodwodna.pl        Oprogramowanie sklepu internetowego web-market.pl
^
Aby zapewnić Państwu najlepsza formę prezentacji i możliwość szybkiego złożenia zamówienia na naszej stronie wykorzystujemy pliki cookies. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. W każdej chwili możesz zmienić swoje ustawienia. Dowiedz się więcej w naszej Polityce Prywatności