(0) 0,00 PLN
tlo

podróże podwodne / Gruner See / Austria

Promocje
maj 2015 


aparat: Olympus OM-D EM10
obiektyw: Olympus M.Ziuko Digital 14-42 f/3.5-5.6
obudowa: Nauticam + port płaski
konwerter: Inon UWL-H100 + port kopułowy Inon UWL-H100 DP
oświetlenie: światło zastane
parametry ekspozycji: 1/200 sek., f/6.3, ISO 200

Miarowy warkot silnika i setki kilometrów do przejechania sprzyjały długim rozmyślaniom. Oczywiście początkowo dominowała ekscytacja czekającym mnie u celu nurkowaniem w Gruner See w austriackiej Styrii, ale po kolejnych kilometrach zacząłem zwracać uwagę i na inne aspekty podróży. W oczy rzucała się łatwość z jaką można było przemierzać niebagatelny przecież dystans. Tyle się zmieniło w naszej Polsce przez ostatnie 25 lat. I nie chodziło tylko o samochody ale i o jakość dróg (Wooow! Mamy autostrady! No nie wszędzie ale są.) czy brak granic. A przecież jeszcze kilkanaście lat temu każda granica oznaczała godziny czekania i drobiazgowe kontrole.

Po wyjeździe z Kongesówki wjechałem na ziemie dawnej CK Austrii. Dawne Imperium Habsburgów co prawda mocno już się skurczyło, ale ślady jego świetności wciąż istnieją. Nie tylko pod postacią mijanych zamków czy dworków ale i w tradycji czy kuchni. Ta ostatnią byłem niezwykle zainteresowany, jako ze godziny za kółkiem spowodowały u mnie dość duże uczucie głodu. A wspomagała je jeszcze niedawna lektura Cafe Museum Roberta Makłowicza (kto nie czytał, a jedzenie nie jest dla niego tylko przykrym obowiązkiem niech zaraz szuka tej pozycji! Obowiązkowo! To tak jak by jechać do Prowansji a nie zajrzeć wcześniej do którejś z książek Petera Mayle’a!).

Zmierzchało, gdy w końcu wjechałem w wąskie uliczki Bruck an den Mur. W miasteczku trwał festiwal więc nie było mowy o dojechaniu pod pensjonat w którym miałem zarezerwowany pokój. Nawigacja pokazywała 400 metrów do celu, więc nie namyślając się długo zamiast walczyć z zamkniętym ruchem na kilku ulicach zaparkowałem pod strzelistą wierzą kościoła. Bo to i trafić będzie łatwo, jako że górowała ona nad cała okolicą, a i przy okazji parking był darmowy J. Wyciągnąłem z bagażnika plecak ze sprzętem foto, torbę z ubraniami zarzuciłem na ramię i ruszyłem w kierunku obiecującego spokój i odpoczynek pokoju. Kilka minut marszu i po zameldowaniu się mogłem ocenić jego komfort. Z okien miałem widok (o ile się wychyliłem wspinając na palce, jako ze były to okna połaciowe) na rwący prąd płynącej poniżej rzeki Mur, w której odbijały się światła nadbrzeżnych knajp i restauracyjek. Jedzenie! No właśnie, przecież byłem znowu bardzo głodny. Szybko umyłem się i z książką pod pachą („Czekanem Porucznika” autorstwa Denisa Urubko) ruszyłem na poszukiwanie późnego obiadu. Chwilę mi to zajęło, jako że z miejsca skreśliłem mijane po drodze podwoje trattorii włoskiej i greckiej, ale w końcu rozsiadłem się wygodnie za szerokim, jasno oświetlonym stołem w tradycyjnej austriackiej gospodzie. Kalecząc swój kulawy niemiecki (oj bo dawno już nie używałem, ale za punkt honoru wziąłem sobie nie odzywanie się po angielsku) zamówiłem wielkiego schabowego i sałatkę ziemniaczaną z cebulką na ostro. Kolejne kilkanaście minut czekania, które wraz z Denisem spędziłem na stokach nepalskiego Makalu w ostrym, zimowym wietrze i śniegu i oto przede mną pojawił się słusznych rozmiarów półmisek z dwoma upojnie pachnącymi kawałkami Wiener Schnitzel. Nie było na co czekać. Trochę samolubnie zostawiłem Denisa sam na sam z panoramą himalajskich szczytów z Mount Everestem na czele i z zapałem jaki może z siebie wykrzesać tylko osoba prawdziwie głodna zaatakowałem mieniące się ciemnym złotem panierki plastry wieprzowiny. Ależ to było pyszne! Ale i zmęczenie zaczęło robić swoje. Z każdym kolejnym kęsem czułem że powieki staja się coraz cięższe a myśl o zamówieniu drugiej porcji obiadu odpływa coraz bardziej w niebyt, ustępując miejsca wizji pozycji horyzontalnej w wygodnym łóżku. Nie było na co czekać. Uregulowawszy rachunek szybkim krokiem ruszyłem w kierunku pobliskiego Gasthoffu na odpoczynek.


Noc miałem niespokojną. Jak ja sobie poradzę z połówkowymi zdjęciami? Czy znajdę kogoś kto mi zechce chwilę popozować? Wątpliwości nie dawały się łatwo odpędzić. W myślach opracowywałem różne warianty ustawień aparatu i analizowałem hipotetyczne sytuacje. W końcu jednak nadszedł ranek. Słoneczny i radosny co potwierdziło prognozy i rozwiało pierwsze z moich zmartwień, to tyczące się pogody. Przecież w lejącym deszczu za wiele bym nie osiągnął. Podniesiony na duchu tym niewielkim sukcesem zszedłem po skrzypiących schodach z piętra na parter, na czekające już na mnie śniadanie.

Do Gruner See miałem 30 kilometrów. Ruszyłem więc niespiesznie z przykościelnego parkingu i pnąca się łagodnie w górę drogą skierowałem się ku pobliskim alpejskim szczytom. W świetle poranka zieleń lasów porastających zbocza wspaniale kontrastowała ze skalnymi szczytami. Ale oniemiałem z zachwytu gdy po minięciu kolejnego zakrętu przed moimi oczami otworzyła się piękna panorama z wierzchołkami gór pokrytymi bialutkim śniegiem. To on właśnie, topniejąc w promieniach wiosennego słońca zasilał w wodę malownicze Gruner See czyniąc z niego nie tylko zbiornik o wspaniałej widoczności ale i dotkliwie zimnej wodzie. Na wąskiej drodze pojawiało się coraz więcej samochodów. Przede mną ciężko pięły się pod górę cztery holenderskie vany, każdy pełen nurków i ich sprzętu. Na parkingu było jeszcze bardziej międzynarodowo. Język niemiecki mieszał się z polskim i czeskim, flamandzki z francuskim i włoskim. Istna Wieża Babel. Zaparkowałem z boku, tuż przy ścianie lasu i powędrowałem nad jezioro. Było piękne. O tak wczesnej porze żadni nurkowie nie zmącili jeszcze jego powierzchni, i w kryształowej wodzie odbijały się okoliczne alpejskie szczyty. Sielanka. Niespiesznie wróciłem do samochodu, by ubrać ocieplacz i suchy skafander. Postanowiłem, że najpierw zajmę się zdjęciami połówkowymi „na sucho”, to znaczy stojąc w wodzie, ale bez całego ciężkiego sprzętu, co pozwoli mi poeksperymentować z ustawieniami aparatu i dobrać optymalny wariant fotografowania. Po kilku pierwszych przymiarkach mniej więcej wiedziałem co chcę uzyskać i w którą stronę mam zmierzać z nastawami. Nie było źle. Słysząc za plecami ojczysty język poprosiłem jednego z szykujących się do wejścia do wody nurków, by przez chwilę posiwiał na 2 metrach głębokości, pozując mi do paru zdjęć. Znów zabrałem się do pracy, tym razem jednak nie uwieczniając tylko dna, ale i wiszącego w toni nurka. Wychodziło to całkiem całkiem. Podziękowałem mu więc za pomoc i ruszyłem w drogę powrotną do samochodu po resztę sprzętu.


Po kilku kolejnych minutach znów mogłem zanurzyć się w zimnych wodach jeziora. Kończyłem właśnie zakładanie płetw, gdy stojący obok kolega poprosił mnie o pomoc. Ni Boga nie mógł naciągnąć na but od suchara sprężyny płetwy. Nie mógł i już. Zresztą nie było nic w tym dziwnego, bo jak sam przyznał jest nurkiem ciepłowodnym i wód tego typu unika raczej jak ognia. Widać to było zresztą po jego pięknym, jak spod igły czerwono-stalowym skafandrze. Fajnym, zwłaszcza do zdjęć. Już się w myślach ucieszyłem na taką możliwość, ale najpierw klęknąłem, by mu pomóc. W końcu skończyliśmy z płetwami, więc cofnąłem się kilka metrów na klęczkach a potem wstałem i ruszyłem ku głębszej wodzie, gdy nagle dziwny chłód i wilgoć uderzyły mnie w lewe kolano. Co jest?! Było mi coraz zimniej i mokrzej.  Czyżbym rozdarł sucharka? Nie był teraz jednak czas na takie dywagacje. I tak nic nie mogłem zmienić. Powoli wypuściłem powietrze z jacketu i woda cichutko zamknęła się nade mną. Pozostał tylko szum automatu. Widoczność powalała. Było fantastycznie. To miejsce nieprzypadkowo można było wybrać na wszelkiego rodzaju testy i pokazy sprzętu. Mając po lewej stronie wijąca się na metrze pod powierzchnią leśną ścieżkę ruszyłem przed siebie.


Gruner See zasilane jest wodami z topniejących alpejskich lodowców, tak więc jego głębokość i powierzchnia zmieniają się wraz z porami roku. Do maksymalnego poziomu (ok. 12 metrów) sporo dziś brakowało, bo podobno w najgłębszym miejscu miałem szansę osiągnąć 7 metrów. Szkoda, bo przez to sporo atrakcji tego akwenu mi umknęło. Nie było możliwości fotografowania zalanych ławeczek czy mostków. Choć czy aby na pewno… Dno powoli wypłycało się i porośnięte zieloną trawa łąki były już tuż pode mną. A na wprost tkwił… zalany do połowy drewniany mostek. Tylko górna część barierki wystawała na powierzchnię, resztę wciąż jeszcze skrywała woda. Ale o fajnych zdjęciach nie było mowy. Na mostku koczowała ekipa kilku nurków, którym zupełnie nie uśmiechało się odpłynięcie od opanowanej przeprawy. Przy tym wodę zmącili tak bardzo, że przyszło by mi długo czekać na jej poprawę. Szkoda…

Ruszyłem w drogę powrotną, tym razem płynąc pod słońce, które gdy tylko wysunąłem się z za zakola jeziora wpadło do wody długimi snopami promieni. Grube i chude, długie i krótkie tańczyły w toni i dobiegały do dna tworząc fantazyjne wzory. Jezioro pokazało swoją inną twarz. Równie piękną. Rozkoszowałem się tym widokiem przez moment, gdy coraz dotkliwsze zimno w nogawce jak i w całym już dole człowieka przypomniał mi, że czas już wracać. Dysząc i parskając wyszedłem w końcu na brzeg i poczłapałem w dół, do parkingu zostawiając za sobą mokre ślady. W lewej nogawce miałem co najmniej jedno wiaderko wody, która upojnie chlupotała przy każdym kroku. Wyraźnie przeciekałem. :(


W końcu, gdy już założyłem na siebie suche ubranie mogłem zając się sucharem. Długo szukać nie musiałem. Sprawca zalania był widoczny aż nadto – paskudne rozdarcie długości połowy paznokcia wystarczyło, bym był cały mokry. A niech to! I to już na pierwszym nurkowaniu! Dobrze, że miałem z sobą drugi, zapasowy ocieplacz. Ten pierwszy rozłożyłem na dachu Peugeota, by jakoś podsechł w wiosennym słońcu, a na drugie nurkowanie wyjąłem starego Aqualunga. Przynajmniej w czasie ubierania sprzętu miałem szansę zachowania jakiego takiego komfortu... :)

ZAMÓWIENIA
KONTO
KONTAKT
© 2017 fotopodwodna.pl        Oprogramowanie sklepu internetowego web-market.pl
^
Aby zapewnić Państwu najlepsza formę prezentacji i możliwość szybkiego złożenia zamówienia na naszej stronie wykorzystujemy pliki cookies. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. W każdej chwili możesz zmienić swoje ustawienia. Dowiedz się więcej w naszej Polityce Prywatności