(0) 0,00 PLN
tlo

podróże podwodne / Kas / Turcja

Promocje
lipiec 2006

 
aparat: Canon Eos 300D
obiektyw: Canon EF-S 10-22 f/3.5-4.5 USM
obudowa: Ikelite + port kopułowy 6"
oświetlenie: Ikelite DS125
parametry ekspozycji: 1/100 sek., f/9, ISO 100


Przebyłem długą drogę, by przybyć tu z pomocą
Przybyłem z odległej Lycii i Xanthos wśród fal
Gdzie zostawiłem droga mi żonę, dzieci i interesy


Tak przywitał trojańskiego księcia Hektora wódz przybywających mu na pomoc wojsk z południa. „[…] Lyków prowadził Sarpedon, a razem z nim Glaukos bez skazy – wiedli ich z Lykii dalekiej, znad brzegów Xanthos krętego” – tak ich obecność w armii obrońców wskazał Homer, opisujący w swojej Iliadzie wydarzenia sprzed ponad trzech tysięcy lat. Ziemie Lycii widziały nie jedno. Przez tysiąclecia przyglądały się wzrostom i upadkom imperiów Egipcjan i Persów, Greków i Rzymian. Prowadzono wymianę handlową z Kartagińczykami i wojny z piratami. Krainę dewastowały wojny i trzęsienia ziemi. Ale aż do naszych czasów przetrwały niezliczone ilości budowli, ukazujących potęgę i bogactwo tych ziem.
 
 
 
Słońce stało już wysoko w zenicie, upiornie nagrzewając całą okolicę i zmuszając do poszukiwania najmniejszych choćby skrawków cienia, gdy wypłynęliśmy z małego porciku w Kas. Kurs przyjęliśmy na miejscówkę zwaną Oasis. Nie było to daleko, więc zamiast podziwiać widoczny za rufą antyczny, grecki amfiteatr, skupiłem się na klarowaniu sprzętu. Jeszcze kilka minut i łomot lecącego przez kluzę do wody łańcucha kotwicznego obwieścił przybycie na miejsce. Gruba, 7mm pianka wyciskała w czasie zakładania siódme poty. W tym upale lało się ze mnie, jak bym był w jakiejś kreskówce, a nie w realnym świecie. Z ulgą wyskoczyłem z rufy za burtę, by po odebraniu aparatu fotograficznego zanurzyć się w chłodnych, błękitnych wodach Morza Śródziemnego. W dole, łagodnie opadające zbocze przechodziło w piaszczyste dno. Opadałem w dół, gdy moją uwagę przyciągnęły jakieś skorupy. Leżały rozrzucone, czasem pojedynczo, częściej w grupach. Jedne mniej, inne bardziej zdewastowane.

 
 
Amfory! Przez setki i tysiące lat najpopularniejsze naczynie do przewozu wina i oliwy. A uszkodzone, nadtłuczone, wędrowały za burtę. W pobliżu śródziemnomorskich portów zawsze jest ich pełno.  Także tu było ich bez liku. Z różnych okresów historycznych i różnego przeznaczenia. Niektóre smukłe, z długimi szyjkami, inne okrągłe i grube. Część z nich tak wrosła już w skały, że nijak nie dawała się poruszyć. Inne leżały luzem. Co do nich, to można było mieć pewność, że są produktem tegorocznym. Jak nam wspomniał Apo, szef bazy, co roku w miejscach nurkowych rozmieszczano setki lekko uszkodzonych amfor, tak by stanowiły przynętę dla amatorów nurkowania i pamiątek. I co roku pod koniec sezony dno było czyste, a miejscowe wyroby zdobiły kominki od Władywostoku po Seattle…
 
 
 
Nie było jednak co deliberować nad wiekiem amfor, a raczej je fotografować. Korzystając z tego, że podpłynął do nich Rudi, zacząłem fotografować. Lampa błyskowa w jego zestawie miała odsłonięta fotocelę, więc każdy mój błysk wyzwalał jego, co fajnie doświetlało scenę. Ciekawe, kiedy się zorientuje, że mu zabieram światło i rozładowuję lampę? Jak na razie zapamiętale kręcił ustawieniami aparatu, bo pewnie wszystko miał w kadrze niebieskie. W końcu po "moim" błysku jego SB105 musiała się chwilę ładować...
 

 
Woda znów zamknęła się nade mną z głośnym pluskiem. I znów zrobiło się przyjemnie, chłodno. Tu, na Neptun Reef mieliśmy spotkać sporo podwodnego życia. Ruszyłem w dół i opłynąłem dużą formację skalną, gdy na wprost, na piaszczystym dnie moją uwagę przykuł jakiś ruch. Triggerfish kręcił się wokół sporego dołu, który wykopał na gniazdo dla swoich młodych. W dole widniała mała piramidka złożonej już ikry. Zdenerwowana matka co chwilę podpływała w moją stronę, szczerząc groźnie dwa białe ząbki. Nie zamierzałem naruszać jej prywatności, zwłaszcza, że w oddali zmaterializował się Jurek, nerwowo przywołujący mnie w kierunku wielkiej sterty kamieni. Nad nią, niczym na posterunku krążył Paweł. Wciągniętym palcem wskazywał wąską szczelinę. Siedząca w kryjówce ośmiornica spojrzała na mnie bardzo nieprzyjaźnie. Nie była to chyba najlepsza pora na odwiedziny, bo kilka ramion zafalowało nerwowo, wyrażając pełną dezaprobatę dla błysków mojej lampy. Ustąpiłem, w końcu jak by nie patrzeć, miała dwa razy więcej odnóży, niż ja i lepiej było jej nie irytować...
 
 
 
Zamiast tego zwróciłem uwagę na znajdującą się 30 cm wyżej krawędź skały. Cała aż wirowała. Długie na dobre 15 cm stwory toczyły swój dziwny taniec. Ich stalowe ciałka otulały pancerzyki poprzedzielane jasno zielonymi paskami. Natomiast boki zdobiły białe i czerwone kępki włosków. Fireworm’y! Nie dotykać bo będzie długo piekło! Ale nie oznaczało to „nie fotografować”, więc zabrałem się do roboty. Wyczekałem, aż pomarańczowa pomarszczona główka ładnie ułożyła się w kadrze i nacisnąłem spust migawki. A potem kolejny raz. I kolejny…
 
 
 
Leniwe popołudnie upływało na przyjemnym nic-nie-robieniu. Kebaby, podane w formie naleśnika pełnego mięsa, cebuli, pomidorów i papryki dawno już zjedliśmy. Nawet świeżo wyciskane soki z pomarańczy i grejpfruta już się prawie skończyły, a nadal nikomu nie chciało się poprosić o dolewkę. Pod starym platanem, po drugiej stronie gościńca rozłożył się rudy kot. Wielki, wylniały sierściuch, spod zmrożonych powiek spoglądał na zamarły w upale świat. Tylko uliczny sprzedawca migdałów uparcie krążył ze swoim wózkiem po prawie pustych ulicach, jakby nie dostrzegał, że przecież trwała siesta. Siesta… Ten wspaniały wymysł śródziemnomorskiej kultury zupełnie rozleniwiał. Zgodnie z planem mieliśmy przecież podejść w góry, obejrzeć stare grobowce lyków… Ale temperatura, jedzenie i wizja nieodległej konieczności zejścia do portu, by ruszyć na kolejne nurkowanie jakoś skutecznie „wyleczyła nas” z tego pomysłu. Może jutro? Na razie, ostatkiem sił zamówiłem kolejny sok. Tym razem z arbuza. Pycha!
 
 
 
Za grotą zaczynała się długa, szeroka może na 3 metry skalna szczelina. Wysokie, czarne ściany pięły się na ponad 25 metrów w górę, kończąc się jasną plamą niebieskiej toni. Kanion. Daleko z przodu pokazała się sylwetka Apo. Zwolnił na chwilę, zawisł w toni, jak by się namyślał i znów ruszył przed siebie. Dno opadało łagodnie i gdy wypłynąłem z rozpadliny byłem już prawie na 40 metrach. Płynęliśmy jeszcze kawałek w kierunku otwartego morza, gdy zza załomu wyłonił się wrak małego kabotażowca. Wełna, na której przewożeniu upłynęło całe, przypadające na pierwsza połowę ubiegłego stulecia życie statku, dawno już gdzieś zniknęła. Pęknięty kadłub i zrujnowane śródokręcie nie wyglądały najlepiej. W przeciwieństwie do części rufowej, na której zachowane fragmenty relingów i wyposażenia pokładu przywodziły na myśl dawno przebrzmiałe lata świetności.
 
 
 
Podpłynąłem do rufy, przy której Kasia usiłowała cos sfotografować swoim Nikonosem. Bez lampy nie było to łatwe, ale dzielnie walczyła. Fajnie, że tu była, bo stanowiła fajne wypełnienie kadru pełnego wrakowego żelastwa. Po pierwszym zdjęciu skorygowałem trochę czas ekspozycji i znów nacisnąłem spust migawki. Zerknąłem na wyświetlacz – tym razem wszystko już było ok. Mogłem więc „łapać” kolejne ujęcia bez zajmowania się kręceniem parametrami. Czas było wracać. Powoli oddalałem się od statku, a jego obraz, początkowo bardzo wyraźny, coraz bardziej zlewał się z tłem, by po chwili rozmazać się zupełnie.
 
 
 
Lustro wody było tuż tuż, gdy z przodu zamajaczyły kalmary. Całe ich stadko szybkimi unikami nie dopuszczało, bym podpłynął zbyt blisko. Czarne plamy dużych oczu przypatrywały mi się uważnie. Nie miałem szans. Nie pozostało nic innego, niż nawrócić i ruszyć w kierunku widocznego w pewnym oddaleniu kadłuba naszej łodzi. Nim jednak do niego dopłynąłem drogę przeciął mi Apo. Unosząc się tuż pod powierzchnią machnął ręką i pokazał na swoje drugie ramię. Ooo, co on tam ma?! Ośmiornica?! Ale ładna i mała! Nerwowo zacząłem zmieniać ustawienia aparatu, bojąc się jednocześnie, że scena za chwilę zniknie, a ja pozostanę bez zdjęcia. Pierwszy błysk lampy, kolejna korekta i „byłem w domu”. Szarpany niewielkim falowaniem wcisnąłem się pomiędzy Apo i skałkę, by zrobić kolejne ujęcie, z tonią wodną w tle.
 
 
 
Ciemności spowiły całe Kas. Zapadła noc, ale od razu rozjaśniły ją tysiące świateł z latarni, sklepów, barów. Dziś jednak nie dane nam było siedzieć na murku na centralnym placu i podglądać wraz z miejscowymi życie. Grających w piłkę chłopców, czy ganiające się z piskiem dziewczynki. Byliśmy już na pokładzie, a warczący głośniej silnik oznaczał że oddaliśmy już cumy i odchodziliśmy od nabrzeża w kierunku Pigean Island, gdzie miało mieć miejsce nasze nocne nurkowanie. Niby nie było to daleko, ale wieczorna bryza i brak grzejącego cały dzień słońca spowodowały, że zrobiło mi się chłodno. Jeszcze gorzej było, gdy zacząłem wciągać na siebie mokrą piankę. Ależ to było nieprzyjemne. W wodzie było wcale nie lepiej, choć teraz, po zmroku wydawała się nawet ciepła. Włączyłem latarkę i ruszyłem na „polowanie”. Daleko z boku, po prawej migały mi światła innych nurków. Kolejna grupa kręciła się gdzieś z przodu. Ja jednak, przeczesując dno, wciąż niczego nie mogłem dojrzeć. To było ciut irytujące…
 
 
 
Nagle… jest! Mały ruch wystarczył, by czająca się koło kamienia ośmiornica zdradziła swoje miejsce. Ostrożnie podpłynąłem w jej kierunku, po czym trzymając się w bezpiecznej odległości zrobiłem zdjęcie leżących przede mną kamieni. Jedna i druga korekta w aparacie i na lampie i miałem ustawione parametry. Teraz mogłem zacząć się skradać. Moje nadejście wywołało zrozumiały niepokój, który po chwili przerodził się w panikę, wyrażona gwałtownym falowaniem ramion. Ośmiornica zaczęła powoli sunąć nad dnem, wciąż nerwowo zerkając przez ramię w moją stronę. Nie ustępowałem, i kolejne zdjęcia co chwilę zapisywane były na karcie. No dobra, wystarczy. Coś już przecież miałem.
 
 
 
Odpłynąłem kawałek, gdy niespodziewanie w snopie światła z mojej latarki znalazł się długi pipe fish. Ryba gwałtownie odwróciła się i zaczęła zwiększać dzieląca nas odległość. Chyba ją zbudziłem i wystraszyłem… Skierowałem światło mocno w tył, tak by jej nie oślepiać i zataczając szerokie koło przeciąłem jej drogę. Teraz już tylko pozostał problem ustawienia ostrości. Po ciemku było to raczej problematyczne. Przyłożyłem aparat do oka, i gdy wydawało mi się, że jestem już wystarczająco blisko przesunąłem strumień światła w przód, na rybę. Ten moment, w którym była już oświetlona a jeszcze nie zaczęła się ode mnie odwracać musiał wystarczyć na wyostrzenie i zrobienie zdjęcia. I… nie wystarczył… To nie było to. Znów odsunąłem światło w tył i rozpocząłem podchody. W końcu przecież powinno się udać, prawda?
 
 
 
Nurkowy tydzień zleciał błyskawicznie. Jeszcze ostatniego dnia przed wylotem zrobiliśmy całodniowy wypad do ruin antycznego miasta Myra, niszczonego na przestrzeni wieków przez liczne najazdy i trzęsienia ziemi (w tym jedno z większych, w 141 roku naszej ery, które zamieniło gród w zupełną ruinę). Nad wielkim amfiteatrem, posiadającym 35 rzędów siedzeń wznosiły się w górę ruiny wykutych w skale katakumb. W godzinę później i raptem 6 kilometrów dalej, w centrum miasteczka w tłumie zwiedzających wciskaliśmy się do wnętrza bizantyjskiej (z IV wieku) bazyliki Świętego Mikołaja, w której ten bliski nam wszystkim święty znalazł swój wieczny spoczynek. Gdy następnego dnia opuszczaliśmy gościnne, tureckie wybrzeże, cały ten pobyt jawił nam się jako wielki, wspaniały prezent. Mimo, że nie był to 6 grudnia…
 
 

ZAMÓWIENIA
KONTO
KONTAKT
© 2017 fotopodwodna.pl        Oprogramowanie sklepu internetowego web-market.pl
^
Aby zapewnić Państwu najlepsza formę prezentacji i możliwość szybkiego złożenia zamówienia na naszej stronie wykorzystujemy pliki cookies. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. W każdej chwili możesz zmienić swoje ustawienia. Dowiedz się więcej w naszej Polityce Prywatności