(0) 0,00 PLN
tlo

podróże podwodne / Bajkał / Rosja

Promocje
czerwiec 2008 roku


aparat: Nikon D300
obiektyw: Nikkor 60 mm f/2.8 mikro
obudowa: Ikelite + płaski port obiektywowy
oświetlenie: Ikelite DS125
parametry ekspozycji: 1/100 sek., f/9, ISO 200

 

Głośny plusk w chwili przebijania powierzchni wody zastąpiła cisza przerywana tylko odgłosem wydychanych z automatu bąbli. Po lewej ciemne skały porosłe gdzie niegdzie zielonymi rurami gąbek biegły pionowo w dół, na głębokość znacznie przekraczającą 100 metrów. W dole, 35 metrów niżej opadały w toni dwie sylwetki kolegów, którzy wcześniej rozpoczęli swoje zanurzenie. Mimo znacznego dystansu ich żółte twiny i stage’y były jak na wyciągnięcie ręki. Tak doskonałą widoczność mógł zapewnić tylko największy zbiornik słodkowodny na naszym globie - Bajkał.

Już początek podróży zwiastował jej niezwykłość. Nawykły do przepastnych kadłubów Boeingów i Airbusów, z ich dużymi schowkami na bagaż nijak nie mogłem odnaleźć się w ciasnym wnętrzu Tupolewa 154. Szafka nad głową była tak wąska i płytka, że walizka Peli ze sprzętem foto nijak nie chciała do niej wejść. Po chwili walki z oporną materią wcisnąłem ją miedzy mój a poprzedzający fotel, ale stojąc pionowo zajęła całe miejsce na nogi. Dobrze, że miejsce miałem przy przejściu, to mogłem usiąść bokiem. Na szczęście lot do Moskwy nie był zbyt długi, to dało się wytrzymać.

Kolejny etap, do Irkucka był jednak diametralnie inny. Aerofłot tym razem podstawił wygodnego Airbusa A-320, tak więc była nawet możliwość zdrzemnięcia się w czasie lotu. Folklor powrócił jednak zaraz po wylądowaniu. Drewniany baraczek przylotów, ot dwuizbowa chatka z powyginanym, blaszanym okręgiem, na który przez otwarte okno, po drewnianej rynnie spuszczano bagaż. Przed domkiem, na ulicy czekał na mnie Giennadyi, na którego zaproszenie przyleciałem fotografować podwodne skarby Bajkału. Reszta ekipy (w tym jeszcze 2 fotografów, po jednym z Polski i Izraela) była na miejscu od wczoraj, tak więc mogliśmy ruszać. Nim jednak zapakowaliśmy sprzęt, okazało się, że czeka nas mała zmiana planów. Z bliżej nie wyjaśnionych powodów rejs miał się opóźnić o 3 dni, a my w tym czasie mieliśmy ruszyć dwoma terenówkami na północny wschód, do obozowiska położonego nad zatoką koło wioski Sahjurta…

Mimo paskudnej pogody, siąpiącego deszczu i fali nie było mowy, bym odpuścił pierwszą okazję do nurkowania. Ponieważ koledzy z Izraela troszkę się grzebali z przygotowaniem (to były ich pierwsze poważne nurkowania w suchych skafandrach, które poznali na tydzień przed wylotem do Rosji) odmeldowałem się Giennadyiemu i potykając się na kamieniach ruszyłem na głębszą wodę. Zgodnie z radą miejscowych wziąłem obiektyw makro, jako że miejsce miało obfitować w jedną ze specjalności Bajkału – złote gamarusy (kiełże). Gdy tylko woda zamknęła się nade mną i sprawdziłem działanie sprzętu rozpocząłem ich wypatrywanie. Nie musiałem nawet daleko odpływać od miejsca wejścia do wody, gdy pierwsze z nich pojawiły się na skalisto-piaszczystym dnie. Rozpoczęła się zabawa w fotografowanie, polegająca na takim ujęciu „kosmity” (bo tak wyglądały) by był zwrócony do mnie półprofilem, a nie jak na większości dostępnych zdjęć z boku. Kolejne z nieufnych kiełży odpływały zdenerwowane moją obecnością. I choć przybywało zdjęć to jeszcze ponad 20 minut trwało, nim wykonałem to satysfakcjonujące. To było to. Zadowolony ruszyłem wzdłuż stoku, ale poszukiwania kolejnych tematów niczego nie przyniosły. Dopiero gdy wróciłem na powierzchnię, okazało się że i tak jako jedyny mam jakiś materiał. Rony i Doron podjęli chyba jedyną słuszną w tych okolicznościach decyzję o odpuszczeniu nurkowania. Mimo, że obydwaj mieli certyfikaty instruktorskie, to nie czuli się wystarczająco pewnie, by wejść do wody. Musze przyznać, że swoim postępowaniem wzbudzili mój szacunek. Wiedziałem, jak bardzo chcieli zanurkować po trzech dniach włóczęgi wokół jeziora.

Kilwater pozostawiony za rufą statku znaczył drogę przebytą od Listwianki. Do pierwszego miejsca nurkowego – Varnaczki czekały nas jeszcze co najmniej 2 godziny rejsu, więc zamiast siedzieć na omiatanym zimnym wiatrem pokładzie wszedłem do kambuza – królestwa Pani Ludmiły. Będąca pracownikiem Instytutu Astronomicznego w Irkucku starsza pani co pewien czas wypływała w rejs, by jako kuk dorobić sobie do niskiej pensji. A że gotowała dobrze i dużo, miejsca w messie zawsze były oblegane. Znów więc miałem pewien problem ze zmieszczeniem się wewnątrz. W końcu dostałem się do środka, i mogłem zasiąść do jedzenia. Po małym co nieco (kaszy gryczanej ze skwarkami i kubku gorącej herbaty) rozpoczęła się dyskusja mająca na celu ustalenie z innymi nurkami planu działania na nadchodzące nurkowanie. Nasz espół powiększył się o kilku nieźle znających Bajkał Rosjan z Irkucka, tak więc warto było posłuchać ich sugestii i podpowiedzi. Czas uciekał więc w końcu nie pozostało nic innego jak opuścić ciepłe pomieszczenie i zacząć szykować sprzęt. I ten fotograficzny i podwodny. Nie skończyłem jeszcze klarowania, gdy łańcuch kotwiczny z hałasem poleciał w głęboką toń jeziora. Po chwili pierwsi nurkowie z pluskiem wskoczyli do wody. Zerknąłem na Tanię, która miała pozować mi do zdjęć na tym nurkowaniu, będąc jednocześnie przewodnikiem. Właśnie naciągnęła na twarz ciepłą neoprenową maskę, upodabniając się tym samym do szykującego skok na bank bandziorka. Niezła trafiła mi się modelka… Jeszcze chwila i byliśmy w wodzie. Woda, dość zimna (+4 stopnie C) miała nie najgorszą przejrzystość (ok. 20 m) co jednak jak na Bajkał było dość słabą wartością. Płynąc nad kamienistym dnem dotarliśmy do opadających w dół ścian kanionu. Tania pierwsza zagłębiła się w jego czeluść, więc nie pozostało mi nic innego, jak pójść w jej ślady. Zbocza pnących się pionowo ku górze skał porastały zielone gąbki. Początkowo wysokie i rozrośnięte, im dalej w głąb tym stawały się coraz bardziej karłowate, by w okolicach 30 metrów zupełnie zniknąć. Zeszliśmy jeszcze trochę niżej, przyglądając się biało-czarnej skalnej ścianie. Zaczęło robić się zimno. Zerknąłem na komputer – pokazywał 2 stopnie. Jeszcze kilka minut utrzymywaliśmy ten sam kurs, a następnie rozpoczęliśmy powrót połączony z stopniowym wynurzaniem. Znów się zrobiło jaśniej a na ściany powróciła roślinność. Przy jednej z gąbek Tania nagle zatrzymała się i wyciągniętym palcem pokazała coś spomiędzy zielonymi „rurami”. Przyjrzałem się uważniej i w końcu zobaczyłem niewielkiego krabika. Ten jednak, zaniepokojony zainteresowaniem jakie mu poświęciliśmy czym prędzej czmychnął nie dając się nawet dokładnie obejrzeć. Cóż, zamiast krabika (którego i tak nie miałbym jak sfotografować mając podpięty do aparatu szerokokątny obiektyw) uwieczniłem po raz kolejny wiszącą przy gąbkach Tanię.

Nie minęły jeszcze 3 godziny od poprzedniego nurkowania gdy dziób statku ze zgrzytem i chrzęstem znieruchomiał na pokrytym drobnymi kamieniami brzegu. Przybyliśmy na drugie z dzisiejszych miejsc nurkowych, zwane Siennaja. Cóż było robić, przecież nie byliśmy tu dla wypoczynku, więc po obładowaniu się sprzętem wskoczyłem z rufy do wody. Tym razem zaplanowałem sobie płytkie nurkowanie, a obiektyw makro miał umożliwić „upolowanie” jakiś ciekawych okazów mikro świata. Widoczność psuły unoszące się w wodzie drobiny, ale i tak wynosiła około 13-14 metrów. Zszedłem nad dno i rozpocząłem powolne przeszukiwanie go. Nie minęło 5 minut, gdy z lewej coś się nagle poruszyło. Skręciłem w tę stronę, i choć wszystko znów było nieruchome po kilku sekundach zlokalizowałem sprawcę – kiełża, tym razem ciemnobrązowego. Nie był zbyt duży, miał może z 5 centymetrów, a że podkulił pod siebie odwłok zdawał się jeszcze mniejszy. Rozstawione szeroko nogi utrzymywały go stabilnie w jednej pozycji i tylko długie wąsy ostrożnie badały otoczenie. Opadłem w jego kierunku, ale nim zdołałem przyjrzeć się mu dokładniej odbił się od dna i szybkimi ruchami całego ciała odpłynął o kilka metrów. O nie kochany! Tak to my się nie będziemy bawić. Delikatnie uniosłem się ku górze i popłynąłem za nim. Ale nim dane mi było zrobić żadnego zdjęcia, bo sytuacja znów się powtórzyła. Ten mały nicpoń wyraźnie chciał się ze mną droczyć! Na szczęście jednak płaskie dno załamało się i pode mną pojawiła się ścianka niknąca w głębinie. A na niej dziesiątki, ba setki kiełży. Ich ciemnobrązowe pancerze doskonale kontrastowały z zielenią gąbek którymi pokryte było zbocze. Zostawiłem wiec małego urwisa w spokoju i wziąłem się do fotografowania większych okazów. Większość z nich znosiła to cierpliwie, choć niektóre już po pierwszym błysku flesza traciły chęć do współpracy i odpływały. Czas pod wodą zleciał mi błyskawicznie i znów trzeba było wracać na powierzchnię. Zwłaszcza że zimno zaczęło coraz bardziej dawać się we znaki. Jakież było moje zdumienie, gdy po przebiciu głową wody nie zobaczyłem przy brzegu statku. Aż tak się zgubiłem? Niemożliwe… Miejsce było na pewno to samo. Położyłem się na plecy i ruszyłem do brzegu, zastanawiając się co dalej. Łajba najwyraźniej odpłynęła, zostawiając mnie tu samego. W czasie nurkowania słyszałem kilkukrotnie warkot silników okrętowych i hałas śrub, ale że ruch na jeziorze był spory, to się tym nie przejmowałem. Zresztą Giennadyi na moje pytanie ile mogę być pod wodą rzucił machając ręką „skolko wazducha budiet”… Byłem już prawie przy kamienistym brzegu, gdy zza odległego cypla wynurzył się niebieski kadłub naszego stateczku. Jak mi później powiedział Doron, wszyscy myśleli że poszedłem do kabiny rozłożyć obudowę i zmienić baterie. Dopiero jak nie pojawiłem się „na michę” ktoś ruszył się sprawdzić…

Wieczorem, przy ognisku, piekąc kiełbaski i karkówkę słuchaliśmy opowieści ledwo widocznego w ciemnościach Gennadyia. Od czasu do czasu oświetlony wyższymi płomieniami ukazywał się zarys jego twarzy. Gennadyi to legenda bajkalskiego nurkowania i jego opowieści zawsze warto było posłuchać. A że mówił rzadko i długo trzeba go było o to prosić, tym bardziej docenialiśmy wartość opowieści. Tym razem dotyczyła miejsca na którym mieliśmy jutro nurkować. Historii która rozpoczęła się w mrocznych czasach końca I Wojny Światowej i Rewolucji w Carskiej Rosji. Zamęt w wyniszczonym wojną kraju, walki i potyczki każdego z każdym spowodowały niewyobrażalny chaos. W ogólnym zamieszaniu wyruszył w podróż na Syberię specjalny pociąg wiozący nieprzebrane skarby – złoto i kamienie szlachetne skarbca Romanowów – Carskiej rodziny panującej. Nie ma dokumentacji tego przejazdu, jak i wielu innych działań z tego okresu, wiadomo tylko że pociąg nigdy nie dotarł do celu… Według wielu (dziś już nie żyjących) świadków w wyniku ataku zsunął się z nasypu przebiegającego tuż nad południową częścią jeziora Bajkał. Kryjące bezcenne skarby wagony z pluskiem zniknęły w głębinie. Można by to włożyć miedzy bajki, gdyby nie znalezione kilka lat temu przez Gennadyia na głębokości 120 metrów, na małej półce skalnej pozostałości wagonu. Ale głębina w tym miejscu sięga znacznie dalej i nie było jak na razie szansy na zweryfikowanie zasłyszanych opowieści. My jutro też nie sprawdzimy, jak wyglądała prawda, jako że limit głębokości został ustalony na 50 metrów…

Wciąż wydawało mi się, że w ustach mam ten okropny smak. Mimo że od spróbowania ‘tarasun’ – pędzonego na serwatce z mleka alkoholowego specjału miejscowych Buriatów minęło już kilka godzin, a w międzyczasie przekąsiłem masę różnych specyfików (cebulę, niedźwiedzi czosnek, ciemny chleb itd.) to jednak wstrętny smak pozostał. Nawet powietrze podawane przez automat wydawało się filtrowane przez ten specyfik. Tfu! Aż ciężko się było skupić na oglądaniu podwodnego świata. Opadałem obok ścianki aż do niewielkiej półki skalnej, na której mimo głębokości 31 metrów usiłowała żyć niewielka gąbka. Dima i Aljek odpłynęli trochę dalej i mimo krystalicznej w tym miejscu wody (wizurka z 40 m!) ich sylwetki zaczynały się już zacierać. Ruszyłem za nimi, chłonąc niema grozę pionowych, gołych ścian niknących gdzieś w biegnącej na 1.637 metrów głębinie. Majestatyczność, monumentalność tego ogromu przytłaczała. I tylko ten okropny smak ‘tarasun’…

Wszystkie zdjęcia zostay wykonane aparatem Nikon D300. Z optyki na wyjazd zabrałem ze sobą Sigmę 10-20 f/4-5.6, Nikkora 10.5 f/2.8 fisheye, Nikkora 105 f/2.8 VR mikro, Nikkora 60 mm f/2.8 mikro oraz Nikkora 18-200 f/3.5-5.6. Pod wodę zabierałem sprzęt zamknięty w obudowie Ikelite oraz jedną lampę błyskową Ikelite DS125.


ZAMÓWIENIA
KONTO
KONTAKT
© 2017 fotopodwodna.pl        Oprogramowanie sklepu internetowego web-market.pl
^
Aby zapewnić Państwu najlepsza formę prezentacji i możliwość szybkiego złożenia zamówienia na naszej stronie wykorzystujemy pliki cookies. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. W każdej chwili możesz zmienić swoje ustawienia. Dowiedz się więcej w naszej Polityce Prywatności