(0) 0,00 PLN
tlo

podróże podwodne / Schleswig-Holstein / Estonia

Promocje
wrzesień 2008


aparat: Nikon D300
obiektyw: Sigma 10-20 f/4-5.6
obudowa: Ikelite + 6" port kopułowy
oświetlenie: Ikelite DS125
parametry ekspozycji: 1/80 sek., f/7.1, ISO 640

Godzina 04:47
Otworzyć ogień!
Godzina 04:48 – 04:55
Uderzenie ogniowe na Westerplatte. 8 pocisków kaliber 280 mm artylerii ciężkiej i 59 pocisków kaliber 150 mm artylerii średniej bije w południowo-wschodnią część muru, także ogień 600 pocisków z karabinów maszynowych wzór C/30. Okręt poszedł dziobem skierowanym lekko naprzeciwko skarpy przy warsztatach portowych i zajął pozycję. Holownik Danzig przy rufie okrętu. W czasie akcji ogniowej zostają trafione liczne budynki zabudowy portowej, które stanęły w płomieniach, gdyż zakrywają one prawie całkowicie mór na Westerplatte. […]
Godzina 04:55
Nagle widoczne są 2 lub 3 wyłomy w murze. Wstrzymać ogień! Czerwone rakiety! Jednocześnie znak dla kompanii szturmowej aby przystąpić do ataku.
Godzina 04:56
Kompania rusza do ataku. Za chwilę detonacje na prawym skrzydle, tam gdzie wysadzono w powietrze bramę kolejową. Z Westerplatte słychać tu ogień karabinów maszynowych, niektóre pociski lecą tuż koło okrętu i przy jego pomoście.” (1) 

Tak początek II Wojny Światowej opisany został w Dzienniku Okrętowym pancernika Schleswig-Holstein. To był najważniejszy moment w dziejach pancernika. Ale cała historia zaczęła się dużo wcześniej, 11 czerwca 1904 roku, gdy marynarka cesarskich Niemiec złożyła w kilońskiej stoczni Kruppa zamówienie na budowę kolejnego okrętu klasy Deutschland. Dwa i pół roku później, 17 grudnia 2006 na uroczystości wodowania zebrała się śmietanka towarzyska ówczesnych Niemiec. Obecny był cesarz Wilhelm II wraz z małżonką Augustą Viktorią, Alfred von Tirpitz, Alfred Krupp i wielu innych. O 12:02 cesarzowa (z domu Scheswig-Holstein-Sonderburg-Augustenberg) rozbiła o burtę nowego pancernika butelkę szampana nadając okrętowi imię Schleswig-Holstein.

 

Początkowe lata służby okrętu to manewry, wizyty kurtuazyjne, inspekcje. Gdy w 1914 roku wybucha pierwszy światowy konflikt jednostka była już dość stara technologicznie. W ramach 2 eskadry wiceadmirała Scheera wraz z bliźniaczymi okrętami stacjonowała na Bałtyku. Jednak 30 lipca, na 3 dni przed początkiem wojny pancerniki przechodzą do Wilhelmshaven. Gdy dwa lata później, 31 maja 1916 roku doszło do największej w historii konfrontacji pancerników (Bitwa Jutlandzka) również i Schleswig-Holstein wziął w niej udział. Nie uczestniczył co prawda w głównym starciu „Wielkich Kotów” Beatty’ego z pancernikami Hippera, późniejszym starciu eskadry Evan-Thomasa (V eskadra pancerników: Queen Elizabeth, Malaya, Barham, Valiant i Warspite) i sił głównych admirała Jollicoe’a (24 pancerniki z potężnym, flagowym Iron Duke, Royal Oak, King George V, Ajax…) przeciwko głównym siłom Scheera (22 pancerniki, w tym Friedrich der Grosse, Koenig, Kaiser, Grosser Kurfirst, Kaiserin…), ale też wziął udział w walce. Już wieczorem, w zapadającym zmroku okręt liniowy New Zealand dostrzega sylwetki niemieckich pancerników z 2 eskadry i rozpoczyna ostrzał. O 21.31 trafia w próbującego się bronić Schleswiga-Holsteina (rozbita zostaje VI prawoburtowa kazamata działa 170 mm), który robi zwrot i znika w dymach i zapadającej ciemności. Ale w 3,5 godziny później okręt znów jest w walce. Brytyjski komandor Stirling, dowódca XII flotylli niszczycieli tak zapamiętał tę chwilę „O 01.55 zauważyliśmy ponownie pancerniki nieprzyjacielskie. Od dziobu, z lewej burty. Natychmiast powiększyliśmy prędkość do 25 węzłów, kurs został zmieniony w taki sposób, aby atakować pod kątem 45 stopni. Było widoczne, że Niemcy nie dostrzegli nas. […] Jednocześnie niemal z wystrzeleniem drugiej torpedy przez Faulknora Niemcy dostrzegli naszą flotyllę i wszystkie ich pancerniki otworzyły ogień. Odległość musiała spaść poniżej 1400 metrów i wiele pocisków przenosiło.” (2) W wyniku brytyjskiego ataku zatonął niemiecki pancernik Pommern, natomiast angielskie jednostki odniosły liczne uszkodzenia.

To był koniec walk Schleswiga-Holsteina w I Wojnie. Na szczęście dla niego był na tyle stary że uniknął losu innych niemieckich jednostek i nie spoczął w wodach Scapa Flow, a nawet, w 1921 roku stał się jednostką flagową Reichsmarine. Przebudowany w latach 1925-26 wrócił do służby jako jednostka szkolna (odbył rejsy z kadetami do Ameryki Południowej i Afryki). Dopiero jednak lato 1939 roku przeniosło okręt w karty historii. 25 sierpnia 1939 roku pancernik zacumował w gdańskim Nowym Porcie, naprzeciwko Westerplatte…

Dalsze losy wojenne okrętu nie są zbyt ciekawe. Uczestniczył w walkach o Polskie wybrzeże (27 września trafiony został z baterii Helskiej w prawoburtową kazamatę działa 150 mm), w kwietniu 1940 wziął udział w ataku na Danię, gdzie 8 kwietnia wszedł na mieliznę. Kolejne lata to remonty i rejsy szkolne z Gdyni. 18 grudnia 1944 roku okręt został zbombardowany w nalocie ciężkich bombowców RAF (około 21:50 zaliczył trzy trafienia) i osiadł na dnie basenu portowego. 25 stycznia 1945 okręt spisano ze stanu jednostek Krigsmarine. 21 marca wycofujące się jednostki Wehrmachtu zdetonowały ładunki wybuchowe umieszczone na okręcie, co jednak nie przeszkodziło w podniesieniu jednostki przez Rosjan w 1947 roku i przeholowaniu go do portu w Tallinie. Początkowo służył za magazyn, a następnie w końcu lat 40’tych osadzono go na mieliźnie koło wyspy Osmussar, gdzie służył za cel dla rosyjskich artylerzystów i lotników. Jeszcze w latach 70’tych fragmenty okrętu wystawały na powierzchnię morza znacząc miejsce spoczynku jednostki.

Schleswig-Holstein w czasie swojej służby w marynarce niemieckiej nie odniósł żadnych znaczących sukcesów. Niemniej jednak stał się symbolem początku najkrwawszego konfliktu w dziejach świata. Dlatego otrzymawszy propozycję zostania fotografem wyprawy na wrak słynnego pancernika nie zastanawiałem się długo. Ciekawe technicznie wyzwanie miało przecież w odróżnieniu od tylu innych nurkowań również aspekt bardzo emocjonalny dla każdego Polaka. I było oddaniem hołdu bohaterskim obrońcom polskiej placówki.

Rozpoczęte przez Alka Ostasza, redaktora naczelnego Magazynu Nurkowanie starania o uzyskanie zgody na nurkowanie na wraku spotkały się ze zrozumieniem strony Estońskiej. Tak więc mając odpowiednie papiery, statek (m/y Nitrox - ex duński kuter przerobiony na jednostkę nurkową), wsparcie Akademii Marynarki Wojennej (sprzętowe i merytoryczne) oraz grupę doświadczonych nurków można było wyruszyć w drogę. Nie była ona łatwa. Sztorm królujący w dniu 14 września na Bałtyku zmusił (po 12 godzinach walki z falami) kapitana do podjęcia decyzji o zawróceniu do portu. Kolejne wyjście, w niedzielny poranek było już lepsze, choć ciężkie warunki nadal utrudniały rejs, który przedłużył się o dodatkowe 24 godziny… W końcu malutki porcik w Dirchami ukazał się na horyzoncie i sterana sztormem załoga mogła zejść na stały lad. Na chwilę odpoczynku przed rozpoczęciem nurkowań.

Posuwając się na ławeczce w kierunku trapu obserwowałem kolegów po kolei wskakujących do wody. Dobrze że przy nadbudówce była ławka, bo to oczekiwanie na skok w zielone wody Bałtyku w całym sprzęcie byłby sporym obciążeniem. A tak podsuwaliśmy się do przodu siedząc na niej. W końcu i poprzedzający mnie Alek i Marek zniknęli za burtą i mogłem przejść na trap. Tylko znalazłem się w wodzie poczułem jak silny prąd złapał mnie w swoje objęcia i zaczął ciągnąć w kierunku rufy. A więc przyjdzie i z nim walczyć... nie była to miła perspektywa, zwłaszcza że ręce miałem zajęte podanym przed sekundą z pokładu aparatem. Mozolnie, metr po metrze zacząłem posuwać się ku dziobowi podciągając się na rękach po unoszącej się wzdłuż burty linie. Jedną ręką się nie dało, musiałem użyć obydwóch. Po kilkunastu metrach lina się skończyła i można było rozpocząć zejście w dół po łańcuchu kotwicznym boi. Wcale nie było łatwiej, bo w toni „wiało” wcale nie mniej niż na powierzchni. Jeśli wszędzie maiło tak to wyglądać to czekająca nas w najbliższych dniach praca nie zapowiadała się na lekką...


W końcu w dole pokazało się dno. Gładkie, kamieniste, a na niej zardzewiały pocisk artyleryjski. Trochę za nowy jak na pochodzący ze Schleswiga, ale wyglądał intrygująco. Prawdopodobnie rosyjski niewypał. Walcząc z prądem ruszyłem wzdłuż opustów ki, którą rozciągnęli schodzący wcześniej w dół Marek z Romkiem. Powoli z mroku zaczęły wyłaniać się fragmenty olbrzyma. Nie wyglądały tak groźnie jak na zdjęciach z ostrzału Westerplatte, ale to był on – Schleswig-Holstein. Rozorany pociskami radzieckiej artylerii a wcześniej brytyjskimi bombami i niemieckimi minami leżał na dnie kryjąc się w zimnych, zielonych wodach Bałtyku. Zaczęliśmy od części rufowej, która pięła się wysoko ku powierzchni wody. Niedaleko niej znajdował się magazyn amunicyjny. Poukładane w rzędy, leżące na sobie pociski kalibru 280 mm porośnięte były tak jak i cały wrak setkami muszli. Ruszyliśmy dalej, ku śródokręciu. Penetrując poszczególne fragmenty wraku i odkrywając kolejne charakterystyczne elementy konstrukcji posuwaliśmy się do przodu. Co chwilę któryś z kolegów migał latarką wołając mnie do następnego znaleziska.


Jednak dopiero w drugim nurkowaniu (a obiecywałem sobie że nie wejdę do wody jeśli nadal będzie tak „wiało”) zlokalizowaliśmy wielkie zębate koło stanowiące podstawę dziobowej wierzy artyleryjskiej mieszczącej dwa działa 280 mm. Szkoda że nie było samych dział, ale i tak widok był imponujący. Romek z Markiem wzięli się za mierzenie znaleziska, a ja usiłując nie dać się zdmuchnąć mogłem zrobić kilka zdjęć. Po chwili ruszyliśmy dalej i po przepłynięciu nad drewnianym pokładem (którego deski zachowały się wciąż w zadziwiająco dobrym stanie) i przewodami jakiejś magistrali elektrycznej znaleźliśmy się przy rurze, którą (nie wiem czy słusznie) wzięliśmy za komin. Czy to był rzeczywiście on? Nikomu z nas nie starczyło już sił na dokonanie kolejnych pomiarów. Zamiast tego daliśmy się znieść prądowi w kierunku dziobu w poszukiwaniu którejś z kotwic pancernika. Niestety, nie były to owocne poszukiwania. Ale rozczarowanie wynagrodziły w drodze powrotnej inne znaleziska – bulaj i fragment telegrafu maszynowego.


Kolejny wieczór w porcie w Dirchami upłynął nam na dzieleniu się wrażeniami i informacjami gdzie kto co widział. Powoli rysował się przed nami obraz wraku a na posiadane sonogramy mogliśmy zacząć nanosić zidentyfikowane elementy. Jak puzzle zaczęły w swoje miejsca wskakiwać kolejne elementy układanki. Wspomagając się wykonanymi zdjęciami mogliśmy w miarę precyzyjnie określić co i gdzie się znajduje. W końcu na stole w messie pojawiły się kociołki z gorącym żurkiem oraz kotlety schabowe z ziemniakami. Plany Schleswiga zniknęły w oka mgnieniu, a poruszane dotychczas tematy zastąpiło milczenie właściwe głodnym i zmęczonym ludziom przy posiłku, które przerywał tylko szczęk sztućców. Ugasiwszy pierwszy głód mogliśmy wrócić do tematu. Tym razem już na spokojnie, bo posiłek i zmęczenie zastąpiły uprzednie podniecenie. Powoli krystalizował się plan kolejnych zanurzeń. Konieczność ponownego, dokładnego zmierzenia podstawy działa (olbrzymiego koła zębatego leżącego w części dziobowej jednostki), ponownego zerknięcia do magazynu amunicyjnego, zerknięcia do wnętrza wraku w okolicach śródokręcia. Dzieliliśmy się robotą i omawialiśmy sposób wykonania poszczególnych zadań. Na dworze nadal było zimno i przenikliwie, a ciemne nisko wiszące chmury nie wróżyły zbyt dobrej pogody na kolejny dzień. A zapowiadał się on dość pracowicie, więc pogoda by się przydała... Na razie jednak coraz bardziej kleiły mi się oczy. Po wąskiej schodni zszedłem pod pokład i wcisnąłem się w koję naciągając na siebie śpiwór. Jeszcze zasypiając przypominałem sobie poszczególne fragmenty okrętu i analizowałem jak najlepiej będzie je jutro „zaatakować”. Po chwili jednak zmorzył mnie sen…

Kolejne zanurzenie na okręcie znów wymaga wielkiego wysiłku. Po okręcie poruszamy się coraz pewniej, znając coraz lepiej jego topografię. Co prawda wiele z zaobserwowanych elementów pozostaje zagadką, ale by je dokładnie zidentyfikować potrzebne były by bardzo dokładne pomiary a następnie praca na planach konstrukcyjnych jednostki. Na przykład wielki trójkąt z otworem po środku. Znajduje się na śródokręciu po lewej burcie. Ale czym był i do czego służył? Wiele jest takich pytań. Na razie zbieramy dokumentację – fotografujemy, filmujemy i robimy pomiary. Czas na opracowanie danych przyjdzie później. Tuż przed wynurzeniem robimy ostatnie zdjęcia – Biało Czerwonej rozpostartej w toni nad resztkami niemieckiego agresora.

(1) Jacek Żebrowski – „Dziennik działań bojowych pancernika Schleswig-Holstein”, str. 31
(2) Zbigniew Flisowski – „Bitwa Jutlandzka 1916”. Bellona 1994, str. 235

Bibliografia
Zbigniew Flisowski – „Bitwa Jutlandzka 1916”
Jacek Żebrowski – „Dziennik Działań bojowych pancernika Schleswig-Holstein”
Mariusz Borowiak – „Westerplatte – w obronie prawdy”

ZAMÓWIENIA
KONTO
KONTAKT
© 2017 fotopodwodna.pl        Oprogramowanie sklepu internetowego web-market.pl
^
Aby zapewnić Państwu najlepsza formę prezentacji i możliwość szybkiego złożenia zamówienia na naszej stronie wykorzystujemy pliki cookies. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. W każdej chwili możesz zmienić swoje ustawienia. Dowiedz się więcej w naszej Polityce Prywatności