(0) 0,00 PLN
tlo

podróże podwodne / Marsa Alam / Egipt

Promocje
luty 2009



aparat: Nikon D300
obiektyw: Sigma 10-20 f/4-5.6
obudowa: Ikelite + port kopułowy 6"
oświetlenie: Ikelite DS160
parametry ekspozycji: tryb M, 1/200 sek, f/10, ISO 200

Właściwie to wszystko przez koniki morskie. Od dawna chciałem zrobić im jakieś zdjęcia, a one, złośliwce, wciąż uciekały przede mną. Ile razy słyszałem, że gdzieś występują, tyle razy właziłem do wody z obiektywem makro. I wciąż wracałem na powierzchnię z niczym. Owszem, kiedyś w Malezji widziałem (przez szkło powiększające) jednego osobnika w wersji pigmejowatej (albo uwierzyłem sugestii naszej dive-masterki, że coś tam jest), ale i tak przy aparacie miałem niewłaściwy obiektyw, więc to się nie liczyło. Dlatego, gdy w zimowy wieczór, po podlodowych znurkowaniach w jeziorze Pluszne usłyszałem opowieść o konikach, ciekawie nadstawiłem uszu. A potem zanotowałem sobie wszystkie szczegóły. Marsa Alam, zatoka Gebel Rosas. Należało płynąć nie w lewo, w stronę otwartego morza, ale w prawo, na płycizny. I tam szukać potencjalnej ofiary.



By specjalnie nie przeciągać sprawy, 31 stycznia siedziałem już w samolocie, lecącym bezpośrednio do Marsa. W końcu nie miałem przecież żadnej pewności, że widziane kilkanaście dni wcześniej zwierzaki nie wyjada sobie na wakacje, więc należało się pospieszyć… A wieczorem zacząłem ustalać plan nurkowań. Milos, szef bazy 3Will, przy której mieszkaliśmy był otwarty na wszelkie sugestie. Za jego przyzwoleniem szybko ustaliliśmy z Elą, Tadkiem i Mateuszem priorytety na nadchodzące dni. A wiec po pierwsze – koniki. Ich zdaniem był to banał. Potem Diugoń. No, tu mogły pojawić się problemy. Żółwie na Abu Dabbab były zagwarantowane, ale 350 kilogramów mięsa zamkniętych z zgrabnym cielsku diugonia mogło stanowić problem. Zaaprobowaliśmy również propozycję, by zerknąć na Elphistone w poszukiwaniu rekinów. Tak więc gdy wieczorem kładłem się do łóżka, miałem poczucie dobrze spełnionego obowiązku. I ciekawość tego, co przyniosą nadchodzące dni.



Na Gebel Rosas nie jechaliśmy Nawe 10 minut. A było by jeszcze szybciej, gdyby nie konieczność podjechania pod sąsiedni hotel i zabrania dwóch kolejnych nurków, którzy dołączyli do naszej ekipy. Mimo słonecznej pogody w zatoce wiało. I to mocno. O ile na powierzchni dało się wytrzymać, to z niepokojem patrzyłem na wodę, której powierzchnia zmarszczona była falami. Zwłaszcza w płytkiej części zatoki. Oczami wyobraźni widziałem już unoszony z dna piach i mizerną widoczność uniemożliwiająca zobaczenie czegokolwiek. Po krótkim briefingu stanęło na tym, że popłyniemy w trójkę – Asia, Tadek i ja. Oni we dwoje mieli penetrować teren, a ja ewentualnie uchwycić w kadrze to, co znajdą. Reszta zespołu od razu miała skierować się ku otwartym wodom, tak by nie błąkać się po płyciznach. Objuczeni sprzętem weszliśmy do wody, by po szybkim sprawdzeniu poprawności jego działania zanurzyć się w głębinie. Cichy szum automatu od razu podziałał na mnie kojąco. Zwłaszcza, że widoczność nie była tragiczna, a tylko zła. Z 3 metrów widziałem jeszcze zarys płetw Tadka, więc spokojnie można było myśleć o zdjęciach z niewielkiego dystansu. Powoli przesuwaliśmy się nad dnem, Asia blisko Tadka, ja trochę na prawo od nich i lekko z tyłu, tak na granicy widzialności. Niewielka głębokość na jakiej się znajdowaliśmy powodowała, że falowanie było dość wyraźnie odczuwalne. Ale dawało się wytrzymać. Płynąca przede mną dwójka zatrzymała się raptownie, tak że po chwili zrównałem się z nimi, i zataczając niewielkie kółko podpłynąłem z drugiej strony, ciekawie zerkając, co też takiego znaleźli. Tadzio wyciągnął rękę w stronę kawałka rafy i palcem wskazał mi siedzącego wśród korali całkiem sporego konika morskiego. Oboje z Asią, zadowoleni z dobrze spełnionego obowiązku uśmiechnęli się do mnie i odpłynęli, pozostawiając mi czas na spokojne fotografowanie. Zabrałem się do tego z dużą werwą, ale już po chwili mina mi mocno zrzedła. Ten koń (bo ciężko było go nazwać konikiem) był za duży jak na obiektyw, który miałem założony do aparatu. 105 mm w tych warunkach wymagało na tyle dalekiego odsunięcia się od zwierza, że wszechobecne, unoszone przez falowanie piach i pył skutecznie psuły jakość zdjęć. Walczyłem dość długo, zmieniając pozycję i kadr. W końcu przeszedłem do ujęcia pod tytułem „portret konika”, bo cała sylwetka wychodziła tak sobie. Miałem dość, Neptun wyraźnie znów sobie ze mnie zakpił, pokazując zwierza, ale uniemożliwiając jego fajne sfotografowanie.



Leżąc na ręczniku za niskim, kamiennym murkiem, który miał nas ochronić (wraz z naciągniętymi polarami) od wiejącego znad zatoki zimnego wiatru rozważałem w myślach swoją porażkę. No cóż, widać nie było mi dane… Tadek co prawda zaproponował powrót w to samo miejsce i poszukanie innego konika, może trochę mniejszego, a może znajdującego się na ciut głębszej, a przez to i spokojniejszej wodzie, ale dałem sobie na dzisiaj spokój. Zamiast tego, po wciśnięciu się w mokre pianki (ajajajaj! Ależ to było niemiłe) i założeniu reszty sprzętu ruszyliśmy w lewo, ku otwartym wodom. Tadkowi tak bardzo spodobało się pływanie z Asią, że już w piątej minucie nurkowania wyciągnął przed siebie rękę pokazując mi schowany pod nawisem rafy ukwiał. Nie bardzo rozumiałem, o co mu chodzi. Zdziwiony zerknąłem na niego i rozłożyłem ręce w geście bezradności. W odpowiedzi otrzymałem pełne politowania spojrzenie i gdy palec mojego dive-mastera niemal dotknął ukwiału, wreszcie i ja zauważyłem niepozorne, przeźroczysto-niebieskie krewetki. Były malutkie. I bardzo szybkie. Zatrzymywały się na pół, no może sekundę i odskakiwały w inne miejsce. To było wyzwanie, by je ładnie uchwycić w kadrze. Zapowiadało się długie fotografowanie. Pomachałem Asi i Tadkowi, których sylwetki stawały się coraz mniej wyraźne w toni, aż zupełnie zniknęły. Odwróciłem się w stronę ukwiału i spróbowałem zrobić pierwsze zdjęcia. Szło jak po grudzie. Mała krewetka zatrzymywała się tylko na sekundę. Nim złapałem ja w obiektyw i usiłowałem wyostrzyć, znikała z pola widzenia. Tym razem przynajmniej miałem dobry obiektyw – długa 105’tka jak ulał pasowała do sytuacji. Tylko ten kłopot ze złapaniem właściwego kadru… Zrobiłem już z 30 zdjęć, więc przerwałem na chwilę fotografowanie i sprawdziłem efekty. Oglądałem kolejne ujęcia i mina mi się coraz bardziej wydłużała – wciąż nie miałem tego, co chciałem. Sprawdziłem czas i zapas powietrza, po czym wróciłem do pracy. Tylko spokojnie, nie denerwować się. Tylko jak się nie denerwować, gdy w chwili gdy właśnie chwyciłem ostrość i już, już miałem zrobić zdjęcie, krewetka znów odskoczyła o kilka centymetrów w bok? Kolejne przekadrowanie i kolejna próba. Czterdzieści minut walki minęło niepostrzeżenie. Kilka ujęć wstępnie mogłem zaliczyć do mniej więcej udanych, więc powoli ruszyłem w kierunku wyjścia z wody. Ciekaw byłem końcowych rezultatów, ale te mogłem sprawdzić dopiero po zdaniu zdjęć do laptopa. W hotelu.



Polowanie na diugonia rozpoczęliśmy standardowo – od odwiedzin żółwi. Leniwe bestie pasły się na trawniku 12 metrów pod powierzchnią wody. Nie byłbym sobą, gdybym nie zrobił im kilku zdjęć, ale zaraz nastąpiło opamiętanie. Żółwie są na Abu Dabab stałymi mieszkańcami, więc priorytetem było odnalezienie 400 kilogramowego stwora zwanego krową morską, syreną (pochodzi z gatunku syrenowatych!) czy dugongiem. Co prawda według słów Tadka dawno go w tych stronach nie widziano, i nawet chodziły słuchy o jego śmierci, ale nie chciałem w to wierzyć. Rozciągnięci w tyralierę, cała trójka czesaliśmy trawnik w poszukiwaniu stwora. Odpłynęliśmy już naprawdę  daleko w głąb zatoki, więc Tadek nakazał powrót. Szkoda. Postanowiłem, że wobec tego wracając zajmę się żółwiami, a na diugonia jeszcze przyjdzie czas. Wydawało mi się, że do „skorupiaków” nie mamy już bardzo daleko, gdy woda nagle zmętniała, a po dnie ciągnął się długi, zadymiony ślad. Ruszyliśmy co sił w płetwach tym tropem i po chwili, w tumanach wzbijanego z dna kurzu zobaczyliśmy naszą syrenę! Sunęła po dnie w poszukiwaniu pożywienia, wielka i piękna. Zacząłem ja opływać z prawej strony, i gdy dotarłem prawie na wysokość jej głowy, wielki stwór nagle poderwał się do góry, obrócił na grzbiet i zaczął uderzać nim o dno, dodatkowo tarzając się. Chmura piachu, jaką przy tym wzbił z dna ograniczyła widoczność do minimum. Wypłynąłem z niej na czystszą wodę. O ile zastałem w niej Asię i Tadka, to po diugoniu nie było już śladu… Ruszyliśmy w kierunku, w którym odpłynął, tym razem zupełnie lekceważąc mijane żółwie. Cóż, musiały poczekać, aż nadejdzie ich moment. Rozglądałem się wokół, chcąc znów dojrzeć gdzieś ślad morskiej krowy, gdy nagle, z błękitu przede mną wyłonił się pędzący na wprost parowóz! A przynajmniej tak to wyglądało. Wielki ssak sunął z metr nad dnem, gnając ile sił w płetwach w kierunku głębszej wody. Uniosłem aparat i nacisnąłem spust migawki, ale prędkość naszego zbliżania się do siebie była na tyle duża, że układ ustawiania ostrości odmówił współpracy. Diugoń minął mnie o pół metra i pomknął gdzieś w toń. Cóż, wyraźnie nie był to mój dzień na fotografowanie.



Co? Znowu Abu Dabab?! Tadek był wyraźnie zniesmaczony moją decyzją. A na wieść, że będziemy czesać ten trawnik aż do skutku (czytaj – znalezienia i sfotografowania diugonia) wręcz się podłamał. Rad, nierad, zapakował swoją skrzynkę na pick-up’a i po chwili znów mknęliśmy w kierunku zatoki. Znaliśmy już to miejsce dość dobrze. W końcu był to już czwarty dzień nurkowy, który mieliśmy spędzić pod parasolami na Abu Dabab. Sklarowaliśmy zabawki i z minami męczenników ruszyliśmy do wody. Czas było poważnie rozmówić się z syreną. Ależ szczęście! Ledwie na dobre zanurzyliśmy się w wodzie i nabraliśmy trochę głębokości, zauważyłem na dnie uniesiony w toni piach. Asia i Tadek już też poczuli trop, więc jak myśliwi, ruszyliśmy za naszą zwierzyną. Pyłu było coraz więcej. Ustawiłem aparat i lampę i ze zniecierpliwieniem wypatrywałem celu. Coś mignęło z przodu. Niebieskie?! I czerwone?! Zwolniliśmy a następnie zaczęliśmy bezgłośnie się z siebie śmiać. W tym czasie niczego nieświadoma grupa nurków OWD oddalała się od nas nadal wznosząc w górę tumany piachu. Ruszyliśmy dalej. Po prawej zostały leżące na trawie żółwie, którym wczoraj po południu poświęciłem półgodzinną sesję zdjęciową. Teraz znów cel był tylko jeden – znaleźć diugonia. Ledwie o tym pomyślałem, gdy z przodu, na granicy widoczności zobaczyłem trzech szalejących nurków uwijających się przy tumanie pyłu. To musiał być on! Co sił w płetwach ruszyłem w ich kierunku. Zwierz właśnie złapał na powierzchni oddech i zanurkował do dna, by zacząć ryć w poszukiwaniu pokarmu. Wyprzedziłem go, i płynąc lekko z boku zacząłem robić mu zdjęcia. Jedno, drugie, piąte. Przerwałem, by skorygować nastawy i znów zacząłem naciskać spust migawki. Ale nim zrobiłem kolejne trzy zdjęcia, diugoń ponownie mnie zaskoczył, unosząc się w górę, by zaczerpnąć tchu. To też chciałem uchwycić, ale byłem zbyt oddalony, chcąc zrobić ujęcie z półprofilu. A syrena, jakby znudzona pozowaniem, po zaczerpnięciu powietrza na powierzchni, już nie wróciła na dno, a odpłynęła gdzieś w toń. Cóż, i tak miałem kilka fotek, z których byłem zadowolony.



Dawno już nie pływałem w Egipcie na nurkowania statkiem. I w Dahab i tu, w Marsa Alam nurkowaliśmy tylko z brzegu. Dlatego propozycja, by wybrać się na jeden dzień na Elphistone i poszukać rekinów wydała mi się ze wszech miar interesująca. Co prawda oznaczało to wcześniejszą, ranną pobudkę, ale i tak było to niczym w porównaniu do codziennych porannych wyjazdów chłopaków z ekipy z Łodzi, którzy mieszkali w sąsiednich pokojach hotelowych. Oni wyruszali każdego ranka o 6.30, podczas gdy my zaczynaliśmy nasze codzienne nurkowania od spotkania w bazie o 10.00. Więc ten jeden raz mogłem się poświęcić.



Pokład wibrował równomiernie w rytm pracy silnika, a mi na górnym pokładzie, chłonąc promienie słońca wsłuchiwaliśmy się w słowa Eli, która miała poprowadzić dzisiejsze nurkowanie. Czy rzeczywiście była szansa na spotkanie rekinów? Wszystko miało się wyjaśnić w przeciągu najbliższych czterdziestu minut. Jeszcze chwila laby i pogaduszek, po czym kolejni uczestnicy rejsu zaczęli schodzić na pokład rufowy, by szykować sobie sprzęt. Aparat miałem już złożony i w obudowie, więc pozostało mi tylko naciągnąć piankę i jacket z butlą i automatami. Byłem gotów. Po kolei, w ustalonej kolejności wskakiwaliśmy do wody i grupki po trzech-czterech nurków co chwilę znikały pod powierzchnią. W końcu i na nas przyszła kolej. Odebrałem aparat od jednego z załogantów, sprawdziłem jeszcze raz sprzęt i wypuszczając z jacketu powietrze pogrążyłem się w wodzie. Ależ widoczność! W porównaniu z przybrzeżnymi zatoczkami, w których dotychczas pływaliśmy, tu było eldorado! Ale i wiało na potęgę. Mocny prąd szybko znosił nas od rafy i trzeba było się trochę przyłożyć, by schować się przed nim na południowym plateau. Rozejrzałem się wokół, szczególnie dużo uwagi poświęcając głębinom. Ale żadnych rekinów nie mogłem dojrzeć. Inni nurkowie też wypatrywali „grubego zwierza”, ale sądząc z ich zachowania, bezskutecznie. Jeszcze chwilę wpatrywaliśmy się w toń, po czym idąc za przykładem Eli rozpoczęliśmy dryf wzdłuż pionowej ściany koralowca. Mimo braku rekinów nie próżnowałem. Mijane nawisy i bogactwo korali aż prowokowało do fotografowania. Przywołałem Asię i zaczęliśmy robić zdjęcia. Nie było to łatwe, bo prąd znosił mnie na nią, a ona musiała walczyć, by nie wypłynąć z kadru. Ale ujęcia ze wszech miar były warte wysiłku i zużytych dużych ilości powietrza. Zwłaszcza, że czekający na nas na pokładzie lunch miał duże szanse zregenerować nadwątlone siły.

 

ZAMÓWIENIA
KONTO
KONTAKT
© 2017 fotopodwodna.pl        Oprogramowanie sklepu internetowego web-market.pl
^
Aby zapewnić Państwu najlepsza formę prezentacji i możliwość szybkiego złożenia zamówienia na naszej stronie wykorzystujemy pliki cookies. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. W każdej chwili możesz zmienić swoje ustawienia. Dowiedz się więcej w naszej Polityce Prywatności