(0) 0,00 PLN
tlo

podróże podwodne / Korsyka / Francja

Promocje
czerwiec 2011



aparat: Nikon D300
obiektyw: Nikkor 85 mm f/3.5 mikro
obudowa: Hugyfot + płaski port obiektywowy
oświetlenie: Ikelite DS160
parametry ekspozycji: 1/200 sek., f/16, ISO 100 

Przy restauracji Chez Marie roiło się od samochodów. No ale w końcu była to godzina 12.30 – święta dla każdego francuza i kojarząca się z porą „niewielkiego”, 3-4 daniowego lunchu. Wchodząc rozejrzałem się po pomieszczeniu, którego większą część wypełniały niewielkie, czteroosobowe stoliki. Choć niejednokrotnie łączone po kilka, umożliwiały wspólne siedzenie przy posiłku i większym grupom. Ot, choćby w rogu, gdzie o trzy połączone ze sobą, przykryte ceratą blaty opierało się dwanaście par łokci umundurowanych policjantów. Ich trzy radiowozy widziałem wchodząc do restauracji - stały zaparkowane na placyku w cieniu samotnego drzewa. Pewnie znając lokal od dawna przyjechali odpowiednio wcześnie, by ustawić auta w tym strategicznym miejscu. Kolejne stoły zajmowali ubrani w kraciaste, flanelowe koszule i pobrudzone spodnie robotnicy i farmerzy z okolicznych gospodarstw. Wszyscy z namaszczeniem przyglądali się tablicy, na której kredą wypisane było menu na dzisiejsze popołudnie. Z namysłem wymieniali uwagi osądzając (na razie czysto teoretycznie) jakość potraw, a następnie składali zamówienia przeraźliwie chudej i wysokiej, krążącej pomiędzy stolikami, kelnerki. W tym czasie potężnie zbudowany gospodarz stawiał na przykrytych ceratami blatach dzbanki z wodą, butelki z domowym winem i koszyki z pokrojoną bagietką. Zbliżał się czas uczty, co doskonale wypełniało czas pomiędzy kolejnymi nurkowaniami.


Popołudniowe nurkowanie miało być odwiedzinami u Świętego Franciszka. Przynajmniej tak zrozumiałem wypowiedź Christophera, którego kulawy angielski (zaprawiony dodatkowo francuskim akcentem) nie dawał mi komfortu pewności, ze wiem o czym rozmawiamy. W każdym razie ustalając co zobaczę pod wodą żegnał się co chwilę i mówił coś w stylu „Sant Francais… petit hmmm monument”. I pokazywał rękami niewielki rozmiar tej rzeźby. To znaczy chyba rzeźby, bo nie sądziłem, by uważał świętego Franciszka za małego świętego… Z Christopherem i tak nie było źle. Gorzej miała się sprawa z jego dziewczyną i jednocześnie współwłaścicielką centrum nurkowego Diving Calvi – Sarah. Jej angielski był zupełnie francuski. Coś jak w tym dowcipie o piłce do metalu. Mówiąc do mnie po prostu mówiła wolniej i wyraźniej, ale wciąż po francusku… Dobrze, że chociaż Jean-Cloude, Stephane i pozostali nurkowie nie próbowali w ten sposób ze mną rozmawiać. Po prostu klepali mnie po plecach i mówili „ok.?” po czym z uśmiechem odchodzili dalej. To znacznie ułatwiało sytuację, choć nie pomagało w zrozumieniu tematu. Przygotowałem swój sprzęt, i brodząc w wodzie (jako że RIB był zacumowany o jakieś 50 metrów od plaży) zaniosłem go na pokład. Jeszcze jeden kurs, po aparat i mogłem wejść na pokład. Pozostali nurkowie też się tarabanili ze swoimi klamotami, tak więc po kilku minutach byliśmy gotowi do wyjścia w morze. Rykną silnik, zaraz zdławiony do wolnych obrotów i powoli odsunęliśmy się od brzegu, by po zwiększeniu dystansu do jakichś 150 metrów zwiększyć obroty i ruszyć w kierunku celu. Po 7 minutach silnik znów zaczął delikatnie mruczeć, a podniesiony do góry dziób RIB’a opadł na wodę.



Chwila przygotowań i byliśmy z Sarą (z która miała być moim przewodnikiem na tym nurkowaniu) w wodzie. Opadliśmy w dół. Przed oczami miałem wielkie głazy, tworzące czasami niewielkie mostki lub jaskinki. Przemykając pomiędzy nimi wypatrywałem jaskini, w której miała znajdować się figura Świętego. Sarah postanowiła chyba jednak pokazać mi najpierw połowę dna Morza Śródziemnego bo włóczyliśmy się pomiędzy różnorodnymi formacjami skalnymi, wciąż nie osiągając celu. Hmmm… Może i coś o tym mówiła przed nurkowaniem, ale dalibóg nic z tego do mnie nie dotarło. Zaliczyliśmy kilka kolejnych małych przesmyków miedzy skałami, nim wreszcie opadliśmy na 23 metry. Sarah wyciągnęła rękę i skierowała go w kierunku olbrzymiego głazu. Podpłynąłem do niego i gdy wychynąłem zza załomu, oczom moim ukazała się malutka rzeźba. Może i Święty, choć mi bardziej przypominało to Matkę Boską z Dzieciątkiem na rękach. No, ale może miałem już tak dużą narkozę azotową, że nie potrafiłem odróżnić postaci? Odpuściłem kwestię identyfikacji „kto zacz” zostawiając to na później i wziąłem się za uwiecznianie całości w kadrze. Niewielka rzeźba bardzo ładnie komponowała się z przyglądającą się jej moją przewodniczką. Zrobiłem kilka zdjęć i mogliśmy popłynąć dalej. Znów zaczęliśmy lawirować miedzy głazami, tym razem jednak wypłycając się powoli. Byliśmy już naprawdę płytko, może na 8 metrach, gdy przed obiektyw nawinął mi się wędrujący po dnie czerwony krab. Od wierzchu przykryty domkiem z ukwiałów nieufnie zerkał w moja stronę, a już zupełnie się zdenerwował, gdy zobaczył, że chcę mu zrobić zdjęcie. Okazał to w najbardziej oczywisty sposób, dając nogę i nic nie robiąc sobie z moich błagalnych min. Dopiero pionowa ścianka przystopowała go na tyle, że mogłem podpłynąć wystarczająco blisko, by go uwiecznić w kadrze. Choć i to nie było łatwe, bo mając szerokokątny obiektyw musiałem prawie dotknąć zdenerwowanego stwora, nim choć trochę wypełnił ujęcie.



Korsykańskie Calvi, niewielkie miasteczko położone w północnej części wyspy jest kwintesencją uroku francuskiego południa. Górująca nad miastem cytadela (gdzie nadal mieszczą się koszary Legii Cudzoziemskiej) oferuje wspaniały widok na rozległa marinę z pięknymi, cumującymi w niej jachtami. Jak co dzień, wieczorem właśnie tam skierowałem swoje kroki, by w jednej z licznych, okupujących nabrzeże knajpek zjeść smakowity obiad, chłonąc jednocześnie atmosferę spokojnego, leniwego południa. Liczni turyści mimowolnie dostosowywali się do tej atmosfery, i choć pewnie większość z nich na co dzień żyła w ciągłym biegu, to jednak tu snuli się leniwie, podziwiając większe i mniejsze cumujące w porcie jachty. Nie miałem jednak możliwości dalej przyglądać się życiu na promenadzie, bo na mój stolik wjechał talerz eskalopków w sosie cytrynowym. Podane z malutkimi kluseczkami pachniały znakomicie. A smakowały jeszcze lepiej! Już po pierwszych dwóch kęsach wiedziałem, że warto było na nie czekać prawie 20 minut. A po dwóch kolejnych zacząłem rozważać opcję domówienia kolejnej porcji. W ostatniej chwili powstrzymała mnie od tego myśl, że w takim razie mógłbym nie zmieścić zwyczajowej, wieczornej porcji lodów. A lody, podobnie jak we Włoszech nie sprzedawano tu na kulki, a obficie, od serca nakładano na słodki rożek drewnianą packą. No i te smaki… Czekoladowy, tiramisu, bakaliowy. Dobrze, że były wystawione w lodówkach za szybką, to łatwiej było mi dobierać właściwe smaki, nie nadwyrężając moich beznadziejnie małych zdolności lingwistycznych.



Nurkowanie do koników morskich planowaliśmy ze Stephanem właściwe od początku mojego pobytu w bazie. Stephan miał tu pracować przez cały sezon, więc zależało mu na poznaniu najbardziej atrakcyjnych miejsc nurkowych. A mi na zrobieniu zdjęć tych śmiesznych stworów. Dlatego, gdy Sarah w końcu zgodziła się popłynąć z nami i wskazać nam lokalizację, byliśmy gotowi do nurkowania w kilka minut. Rejs z bazy nie trwał długo, bo mieliśmy wskoczyć do wody tuż przy porcie w Calvi, obok falochronu i przystani promowej. W kilka minut byliśmy z moim buddy przy dnie, i czekaliśmy na naszą przewodniczkę i jej kursanta. Trochę się to przeciągało, więc zacząłem się kręcić, rozglądając po okolicy i usiłując znaleźć na własną rękę coś godnego zdjęcia. Ale dno w tym miejscu, na 13 metrach rozczarowywało. Piasek, piasek i jeszcze raz piasek, gdzieniegdzie poprzetykany kępami trawy. Kręcąc się w kółko niewiele potrafiłem znaleźć. Zerknąłem na Stephane’a. On tez był zupełnie bezradny. Nic, trzeba było zaczekać na Sarę, której wciąż nie było. Pojawił się za to coraz głośniejszy pomruk, po chwili przechodzący w potężny hałas. Prom, który widzieliśmy w oddali wskakując do wody wchodził właśnie do portu i rozpoczął manewr cumowania. Grzmot był niemiłosierny, a wielka stodoła cumowała ładnych kilka minut.



W końcu, po 13 minutach na dnie zobaczyłem opadające z góry sylwetki. Sarah i jej buddy. Sprawnie do nas dołączyli, po czym nasza przewodniczka ruszyła przed siebie w stronę portu, ręką pokazując kierunek. Nadal piach. Jedna, dwie minuty i na horyzoncie zamajaczyło coś. Im byłem bliżej, tym większe było moje zdziwienie. Bo jak by nie patrzeć, wciąż przed oczami miałem leżący na boku wózek z supermarketu. Porośnięty trawą. Sarah przy pomocy latarki zaczęła przeglądać jego zawartość. Zakupy dawno już ktoś sobie przywłaszczył, ale po chwili w ich miejsce ukazał się wśród traw cel naszej wyprawy. Nieufnie zerkał w moja stronę i gdy zbytnio przybliżyłem do niego port obiektywowy odpłynął niespiesznie na odległe źdźbło trawy. Tym razem fotografowałem z większego dystansu, tak by nie spłoszyć „wierzchowca”. Sarah z kursantem odpłynęli, a my ze Stephane’em, zmieniając się co chwila miejscami fotografowaliśmy.



Zerknałem na komputer. Upsss… Męczyliśmy już konika prawie 40 minut. Ruszyliśmy w stronę naszej kotwicy, nadal buszując przy dnie. Po chwili błyskiem światła latarki Stephane przywołał mnie do niewielkiej, ukrytej wśród kamieni ośmiornicy. Oświetlona przez mojego partnera to nadymała się, to kurczyła, by po chwili przepełznąć po dnie kilka metrów i znów znieruchomieć. Zacząłem robić zdjęcia. Ośmiornica doskonale pozowała, bo wciąż zmieniała swoje położenie, ale robiła to na tyle wolno, że spokojnie można było chwytać ją w kolejnych pozycjach. Widać było, że chce zostać gwiazdą sezonu i zdeklasować dopiero co opuszczonego przez nas konika morskiego. W końcu, po ponad godzinie w wodzie ruszyliśmy ku powierzchni. Dopiero teraz odczułem chłód. Cóż, mimo 7 mm pianki troszkę zmarzłem. Trzeba było wracać do bazy, ogrzać się i odsapnąć. Lubiłem te wieczory w bazie. Wielu mieszkających w okolicy „krewnych i znajomych królika” wpadało na chwilkę, nawet jeśli tego dnia nie nurkowali. A jadąc do bazy zawsze pamiętali o tym, by przywieźć coś smacznego. Chociażby wczoraj, Marie podjechała z własnoręcznie upieczoną tartą z jabłkami. A dwa dni temu mieliśmy wieczór serowy (dla mnie fe!, ale inni się objadali). By nie pozostać w tyle, nie mając możliwości pieczenia ani gotowania (mój hotelik nie przewidział takiej opcji) zrobiłem rano przegląd na półkach w markecie i przywiozłem do bazy siatkę łakoci. Zawsze to lepsze niż nic. Niemniej bardziej od tych snaków ze sklepu ciekawiło mnie, jakie to domowe specjały dziś będą serwowane. Przecież na pewno ktoś coś przywiózł.



Sec des Belges. Nie wiem, co to miejsce miało wspólnego z Belgami (a może wcale nie o Belgów tu chodziło… Ech znów ten problem w komunikacji werbalnej), ale na ostatni poranek Christopher zaproponował właśnie to miejsce. Podobno równie ciekawe do fotografii makro jak Revelatta, na której byliśmy już trzy razy, natomiast znacznie płytsze. I z dużą szansą na spotkanie ślimaków nagoskrzelnych. Pod wodę zeszliśmy w dwóch parach, ale już po chwili straciłem Stephane’a i Jeana-Cloude’a z oczu. Zostaliśmy z Christopherem sami, i uzbrojeni w aparaty rozpoczęliśmy „tropienie zwierza”. Płynąłem wzdłuż wysokiej na jakieś 4-5 metrów, gęsto porośniętej ścianki, pod sobą mając kamieniste dno. Przejrzysta i dobrze rozświetlona woda (byliśmy na jakiś 8 metrach głębokości) zapewniała komfort fotografowania. Tyle, ze nie było co fotografować. To znaczy wokół kręciło się wiele ryb, ale jak na razie nie udało mi się zauważyć ani jednego ślimaka. Mój buddy skręcił w lewo i przepływając nad ścianką ruszył w kierunku głębszej wody.



Uniosłem się za nim, i już miałem pójść w jego ślady, gdy moją uwagę przykuł malutki, biały kształt chyboczący się na gałązce w rytm ruchu fal. Ślimaczek! Był malutki, ale nie to stanowiło problem. Gorsze było łagodne, ale jednak wyraźnie odczuwalne falowanie, które delikatnie poruszało wszystkimi roślinami. W tym i tą, na której siedział ślimak. Zrobienie ostrego zdjęcia stanowiło więc pewne wyzwanie. Mijały minuty, a ja zawzięcie fotografowałem. W końcu, nie do końca przekonany o słuszności decyzji (bo może należało zrobić jeszcze kilka fotek?) ruszyłem na poszukiwanie Christophera. Siedział zaraz za załomem i fotografował ośmiornicę. Gdy podpłynąłem do niego chciał mi nawet ustąpić miejsca, ale z obiektywem 85 mm nie bardzo był sens podchodzenia do tego tematu. Zamiast tego pokazałem mu na wyświetlaczu swojego aparatu ślimaczka i zaproponowałem powrót w miejsce, gdzie pewnie wciąż jeszcze siedział. W końcu może jednak warto było zrobić mu jeszcze kilka ujęć?

ZAMÓWIENIA
KONTO
KONTAKT
© 2017 fotopodwodna.pl        Oprogramowanie sklepu internetowego web-market.pl
^
Aby zapewnić Państwu najlepsza formę prezentacji i możliwość szybkiego złożenia zamówienia na naszej stronie wykorzystujemy pliki cookies. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. W każdej chwili możesz zmienić swoje ustawienia. Dowiedz się więcej w naszej Polityce Prywatności