(0) 0,00 PLN
tlo

podróże podwodne / Lofoty / Norwegia

Promocje
wrzesień 2010



aparat: Nikon D300
obiektyw: Sigma 10-20 f/4-5.6
obudowa: Ikelite + port kopułowy 6"
oświetlenie: Ikelite DS160
parametry ekspozycji: 1/20 sek., f/6.3, ISO 640

Plan organizowanego przez Alka wyjazdu ulegał ciągłym zmianom. A to po drodze mieliśmy spędzić 3 dni na nurkowaniu w Szwecji, a to jechać przez Narwik, odwiedzając tamtejsze wraki. Ta druga opcja była mi o tyle bliższa, że po nurkowaniach, które tam robiłem kilka lat wcześniej, czułem spory niedosyt. No ale ostatecznie padło na postój w Bodo, położonej nad Saltfjorden stolicy prowincji Nordland.

O Bodo zrobiło się głośno na świecie w maju 1960 roku, gdy Rosjanie zestrzelili lecący z Pakistanu do Bodo amerykański samolot szpiegowski U2 Gary Powersa. Bo właśnie to norweskie miasto położone już za kręgiem polarnym jest wielką bazą lotniczą. Startowały stąd i liczne samoloty szpiegowskie, i myśliwce przechwytujące rosyjskie bombowce dalekiego zasięgu. Do dzisiaj Bodo pozostało dużą bazą norweskiego lotnictwa wojskowego, a o czasach zimnej wojny (choć nie tylko) przypomina wielkie i pełne wspaniałych eksponatów muzeum awiacji.

My jednak byliśmy w Norwegii po to, by nurkować, a nie latać. Tak więc po zwiedzeniu muzeum a w nim takich rarytasów jak Supermarine Spitfire, Mosquito czy Bufallo z okresu II Wojny Światowej, a z bliższych nam czasów F-104 Starfighter, Hawker Hunter czy SAAB F-35 Draken czas było zająć się nurkowaniami. Co prawda lotnictwo znów nas dosięgnęło, jako że szefem bazy Saltstraumendivecenter okazał się pilot linii lotniczych SAS, przemiły Vebjorn. Na pierwsze nurkowanie, po sprawdzeniu godzin pływów zaproponował Ring Island. To sprawdzanie pływów to tutejsza codzienność. W specjalnym kajeciku Vebjorn miał zapisane poszczególne dni miesiąca i godziny przypływów i odpływów dla znanych mu miejsc nurkowych. Jak stwierdził, przestrzeganie zasady, że wchodzi się w przerwie między ruchami wody jest niezbędne. Raz, kilka lat temu zanurkował w czasie odpływu. Takiej jazdy, walki z wodą i rozpaczliwych prób omijania wyrastających nagle przed nim kamieni nie chciał by więcej doświadczyć. My też nie chcieliśmy, więc mimo sklarowanego sprzętu, ubrani w suchary i z flaszkami na plecach musieliśmy odczekać jeszcze 12 minut, nim weszliśmy do wody. Pierwsze metry nie zachwycały – słaba widoczność i resztki prądu tworzyły niezbyt sprzyjające fotografii otoczenie. Dopiero na 8 metrach woda poprawiła się na tyle, ze można było mieć nadzieję na coś ciekawszego. Płynęliśmy obok opadającej w dół, porośniętej ukwiałami ściany, przypatrując się kolorystycznemu bogactwu wód północnej Norwegii. Vebjorn zamachał w moim kierunku latarką, a potem promieniem jej światła wskazał coś z przodu. Kilka energiczniejszych machnięć płetwami i ja też zauważyłem dużego, leżącego na rozległej skalnej półce zębacza. Szkoda tylko, że pyskiem ustawił się w kierunku pionowej ścianki, prezentując głównie swój ogon. Ale wykonane po sobie dwa zdjęcia (a właściwie błyski lampy) zdenerwowały rybę na tyle, że odsunęła się kawałek, a następnie przepłynęła 3 metry w bok, kładąc się na samej krawędzi półki. I to pyskiem w kierunku wody – doskonałe ułożenie do fotki! Nim jednak dopłynąłem na nowe miejsce, a musiałem zatoczyć szerokie koło, by nie spłoszyć ryby, moje miejsce zajął Jacek. Jego lampy błysnęły tylko raz, jednak na tyle mocno, że wściekły zębacz znów uniósł się, i trawersując zbocze zniknął w głębinie. Szkoda, bo tak fajnie się ułożył…



Mimo, że na popołudniowe nurkowanie zasugerowałem to samo miejsce, to okazało się to niewykonalne. Pływy nie pozwalały. Za to podjechaliśmy z dwa kilometry dalej, do innej odnogi fiordu, by zanurzyć się w Tunelu. Według słów Vebjorna, po około 20 minutach płynięcia wzdłuż ścianki, mieliśmy dotrzeć do szerokiej półki z pionowym tunelem – studnią zaczynającą się na 15 a kończącą na 33 metrach. Do wody weszliśmy w osłoniętej zatoczce, tak by ostatnie chwile odpływu nie wyciągnęły nas w kierunku morza. Jeszcze przez chwilę pod wodą dawało się odczuć słabnący z każdą minutą przeciwny prąd, potem ruch ustał. Unosiłem się nad dnem, usianym w płytszej wodzie brunatnicami, a poniżej 12 metrów skalistym stokiem pełnym rozgwiazd, ukwiałów i innych form życia. Mimo przed nurkowych ustaleń o głębokości podróżnej co najwyżej 15 m, całość ekipy zeszła na 20-25, oglądając fantazyjne kształty podwodnego świata. Oglądając podwodne cuda płynąłem na końcu grupy, wypatrując kolejnego zębacza. No i czekając na główną atrakcję zanurzenia. W końcu pojawiła się – grupa zwolniła i Vebjorn wraz z dwójką nurkujących z nami Holendrów przyklękli przy otworze. Dominik z Markiem opadli w dół po zewnętrznej stronie tunelu, a ja poszedłem w ich ślady. Zdjęcia od dołu w kierunku powierzchni, ukazujące opadających nurków mogły wyjść nawet ciekawie. Pierwszy zjechał w dół Jacek. Z aparatem i dwoma lampami na długich wysięgnikach miał spore trudności, by zmieścić się w ciasnym przesmyku. Ale się udało. Po nim jednak nie pojawił się nikt więcej. Jeszcze chwilę zabawiłem przy dole korytarza, czekając na kolejne osoby, ale pikanie komputera informujące o wejściu w deko nie pozostawiły wyboru – czas było ruszać z powrotem. Troszkę się wypłyciłem, by po drodze zgubić nabite minuty i przystając od czasu do czasu na wykonanie kolejnych fotek ruszyłem z powrotem. Dopiero po wyjściu na brzeg okazało się, dlaczego kolejne 2 osoby nie spłynęły na dół tunelem. Większa od zakładanej głębokość podróżna srogo zemściła się na dwójce naszych partnerów z kraju tulipanów. Mając pojedyncze, piętnastolitrowe butle, musieli przerwać nurkowanie, i wyjść przy tunelu na ląd. A stamtąd, na piechotkę pomaszerować do odległych samochodów. Zziajani, nie wyglądali na bardzo szczęśliwych…


 

Prom z Bodo na Lofoty nie płynie zbyt długo. Ot, parę godzin, które przy gładkim morzu i świecącym słońcu można było miło spędzić na pokładzie, bądź w bufecie ;). Większym problemem było ranne wstawanie, bo żeby załapać się na statek, który o tej porze roku już dość rzadko kursuje, musieliśmy wstać barbarzyńsko rano. No, ale wreszcie na horyzoncie mieliśmy wyłaniające się z morza szczyty skalistego archipelagu. Byliśmy u celu.

Z portu do Hamnoy „zaholował” nas Daniel, który wyjechał nam na spotkanie, tak byśmy nie pobłądzili na tej jedynej nitce drogi, jaka wiedzie przez wyspy. Po pół godzinie jazdy, za kolejnym z niezliczonych mostków, zjechał swoim busem w lewo w boczną uliczkę, i oto byliśmy. Czerwone domki, w których mieliśmy spędzić najbliższe kilka dni jawiły się nad wyraz sympatycznie. Położone nad samą wodą zatoki, po której drugiej stronie wznosiły się sięgające nieba szczyty wyglądały bardzo urokliwie. A, jak pokazała praktyka, były i bardzo wygodne. Z domku do bazy Daniela – Lofoten Diving mieliśmy minutę marszu. Tak wiec po wypakowaniu ubrań z samochodów zaczęliśmy przenosić sprzęt nurkowy do hangaru bazy. Bo budynek centrum stanowiły dawne hangary rybackie, dzięki czemu był on odpowiednio duży i wygodny. Pod ścianami ciągnęły się długie i szerokie stoły, na których można było trzymać sprzęt. Wybrałem sobie kawałek blatu w samym narożniku, i tam zacząłem układać swoje zabawki.

Słońce stało jeszcze dość wysoko (spać kładło się ok. 22.30, więc dość długo mieliśmy jasno), więc jako znani niecierpliwcy zaczęliśmy klarować się na pierwszego nurka. Kasia z Jackiem za namową Daniela postanowili zanurkować przy pomostach w porciku, natomiast Agata, Dominik, Marek i ja zdecydowaliśmy się przejść jakieś 100 metrów, by zanurzyć się w wodzie fiordu po drugiej stronie półwyspu. Gdy tylko wszedłem do wody ogarnęło mnie miłe uczucie zadowolenia. Byłem u celu, a najbliższe dni zapowiadały się nad wyraz ciekawie. Sprawdziłem aparat, i po chwili woda zamknęła się nade mną, rozpoczynając pierwsze z lofotowych nurkowań. Już po chwili, na głębokości 6 metrów wpłynęliśmy w rejon pełen meduz. Mając obok siebie Agatkę nie mogłem się powstrzymać od naciśnięcia spustu. Jej zabawa z tymi galaretkami wyglądała fantastycznie. Odpychała je od siebie, kręciła wokół, unosiła w górę. Meduzy, tak jak się pojawiły, szybko zniknęły, a ich miejsce zajęły wysokie trawy. To był kolejny motyw, który postanowiłem uwiecznić w kadrze. Spędziliśmy tak z 15 minut i czas było rozejrzeć się za czymś nowym. Agatkę do pozowania porwał Dominik, tak wiec nie pozostało mi nic innego, jak skupić się na otaczającej mnie przyrodzie. Przez chwilę rozglądałem się wokół, Az moja uwagę przykuł „dymek” z piasku unoszący się z dna. Zaciekawiony podpłynąłem, by już po chwili fotografować kopiącego kraba. Nastroszył się na mój widok, tak wiec po kilku fotkach odpuściłem mu i ruszyłem na dalszą penetrację okolicznych wód.



Ależ byłem zły. Żabnice od kilku dni starannie mnie unikały. Przedwczoraj, po południu, na 18 metrach, wśród liści brunatnic sporą sztukę wypatrzyli Kasia i Jacek. Niestety w tym czasie Marek i ja fotografowaliśmy 14 metrów głębiej kraby królewskie… Wczoraj natomiast, w Skjelfjord było ich kilka, ale na 35 metrach, gdzie większość ekipy zeszła zapolować z kuszą na coś na obiad. Niestety ja w tym czasie kręciłem się na 20 m, wypatrując czegoś godnego uwiecznienia. To była zupełna porażka. Dlatego, gdy Daniel zdecydował, że celem dzisiejszego rannego nurkowania będzie leżący na 30 m wrak, postanowiłem odpuścić, i wrócić nad urokliwą zatoczkę, w której nurkowaliśmy wczoraj. Dodatkowym argumentem oprócz kilku widzianych tam wczoraj żabnic była pojawiająca się podobno czasami foka.



Załadowawszy sprzętem pożyczoną od Dominika Navarę ruszyłem w drogę. Po 20 minutach jazdy zjechałem z głównej drogi w gruntową, prowadząca wzdłuż fiordu, i po dalszych 4 kilometrach byłem na miejscu. Jeszcze tylko sklarowanie sprzętu na długim, betonowym molo wcinającym się w wody fiordu i byłem gotowy. Po przepłynięciu jakichś 60 metrów po powierzchni znalazłem się na głębszej wodzie i wreszcie mogłem ruszyć na poszukiwanie żabnic. Dno w tym miejscu opadało gwałtownie pionową ścianką kończąca się gdzieś w okolicach czterdziestego metra. Trawersując ją, opadałem coraz niżej, uważnie rozglądając się na boki. Płynąłem bardzo powoli, przeszukując wzrokiem porośnięte drobnymi trawami skały. Poszukiwanie czegoś ciekawego pod wodą zawsze stanowiło moja piętę Achillesową. Podczas gdy inni nurkowie wciąż coś znajdowali na kolejnych nurkowaniach (i nie dotyczy to tylko Norwegii, ale wszystkich wód świata), ja nigdy nie mogłem niczego znaleźć. Ot, taka ślepota. Dlatego musiałem się starać dwa razy bardziej. Przede mną pojawiło się łagodne wybrzuszenie stoku. Wpłynąłem nad nie i… ze dwa metry pode mną, wśród traw leżała żabnica! I to piękny, dorodny, chyba ponad metrowy okaz! Przepłynąłem nad nią i po odpłynięciu kilku metrów, tak by nie spłoszyć ani ryby ani nie zmącić wody zawróciłem. Teraz bardzo powoli zacząłem sie zbliżać do zauważonego miejsca. Ryba wciąż leżała na swoim miejscu, tak więc najpierw z dystansu, a potem podsuwając się coraz bliżej zacząłem robić zdjęcia. Błysk lampy nie płoszył jej jakoś, tak więc po zrobieniu kilku fotek cofnąłem się nieco i wprowadziłem poprawki do parametrów ekspozycji. Wydłużyłem czas, tak by lepiej zarejestrować toń na drugim planie, jako że na dotychczasowych ujęciach była zupełnie czarna. Kolejne zdjęcia spowodowały jednak, że ryba najpierw odwróciła się i przysiadła znów na dnie, a potem ruszyła w dół wzdłuż opadającej w dół ścianki. Uciekała! W pierwszej chwili przytłoczyła mnie świadomość straty możliwości wykonania kolejnych zdjęć. Ale ryba płynęła na tyle wolno, ze już po chwili minąłem ją i opadając w dół rozpocząłem kolejną sesję. Tym razem mocno dynamiczną. Już po drugim błysku żabnica wykonała nagły zwrot (który udało mi się jeszcze zamrozić w kadrze) po czym przyspieszając pognała w głąb. Cóż, pozowała na tyle dzielnie, że postanowiłem jej dalej nie męczyć. Zamiast tego zerknąłem na wyświetlacz aparatu, by ocenić efekty pracy. Na widok wyświetlanych kolejno ujęć gęba sama mi się zaczęła śmiać. Odczarowałem swojego „żabnicowego” pecha i mogłem ruszyć ku powierzchni. Ten ranek mogłem zaliczyć w pełni do udanych.



To ciekawe, ile niezwykłego, podwodnego życia można znaleźć w porcie. Za namową Daniela, popartą rekomendacjami Dominika i Marka przeniosłem sprzęt na pomost przy naszej przystani w Hamnoy. Było spokojne, słoneczne popołudnie, więc lekko rozleniwiony powoli wciągałem na siebie poszczególne elementy ekwipunku. Aparat ułożyłem na samej krawędzi pomostu, tak by łatwo go było zabrać będąc już w wodzie i celując w przerwę pomiędzy łódkami wskoczyłem do wody. Sięgnąłem po sprzęt foto i zanurzyłem się na jakieś 1,5 metra.

W przeciwieństwie do wód portowych w jakich miałem już „przyjemność” nurkować, te okazały się bardzo czyste. Drewniane słupy, na których wspierały się pomosty całe porośnięte były setkami ukwiałów. Różnokolorowych, o arcyciekawych kształtach i różnej wielkości, od malutkich po naprawdę spore. Na pierwszy ogień wziąłem odwróconego do góry nogami osobnika z rozłożystą, białą czuprynka na długiej, pomarańczowej nodze. Dwa zdjęcia i było po temacie. Ruszyłem na dalsze poszukiwania. Kolejna podpora porośnięta była kolonią małych, białych „meszków”. Nie były tak fotogeniczne, więc pozostawiłem je i opadłem do znajdującego się na 8,6 metra (był odpływ) dna. To, na chwilę znieruchomiało, potem nastał szybki ruch i znów zapanował spokój. Co za dziw? A, kraby! Codziennie rano do pomostu przybijał kuter rybacki, i stary rybak, stanowiący nieodłączny element krajobrazu, długim nożem czyścił swój urobek. Dno usiane było odciętymi głowami ryb (takich ilości głów nie powstydzili by się nawet rewolucjoniści francuscy w czasach szalejącego terroru i dekapitacji). W takiej jadłodajni nie mogło zabraknąć krabów. Znieruchomiałem na chwilę i po kilkunastu sekundach nieruchome dno powróciło do swojego powolnego stanu „wielkiego żarcia”. Siedzący naprzeciwko mnie skorupiak powolnymi ruchami szczypiec wydzierał kawałki mięsa z trzymanego kawałka ryby i pakował go sobie do gęby. Jeden, dwa, trzy kęsy. Starając się go nie spłoszyć uniosłem aparat do oka. Błysk lampy spowodował krótką przerwę w posiłku, ale jako że zamarłem w bezruchu, mój model po chwili wróciło swojej libacji. Delikatnie poruszyłem płetwami i podsunąłem się jeszcze trochę w kierunku miejsca uczty. Obniżyłem też aparat, tak by zdjęcie było robione jeszcze bardziej z poziomu dna. Trzask migawki i kolejna fotkę miałem zrobioną. Znów się troszkę podsunąłem, ale mój ruch wywołał u kraba reakcję. Nie była to paniczna ucieczka, ale nie pozwolił na zmniejszenie dystansu. Trzymając obiad w garści powoli zaczął się cofać, pilnie śledząc moje dalsze poczynania. Nie było go co denerwować – jeszcze dostał by wrzodów… Wciągnąłem większy haust powietrza i uniosłem się do góry.


 

Mimo, iż z brzegu, dzisiejsze pierwsze nurkowanie miało się odbyć w prądzie. Zgodnie z tabelami pływów, wchodząc do wody tuż przez dwunastą powinniśmy spotkać w zatoce spokojna wodę, a potem, po opuszczeniu jej, mieliśmy zacząć dryf wzdłuż brzegu wyspy. Po 1,5 godzinie w wodzie powinniśmy znaleźć się dokładnie na wysokości naszej bazy.

Plan był dobry i tylko przygotowanie nurkowania kładło się na nim cieniem. Cały sprzęt trzeba było stargać po dość stromym klifie 20 metrów w dół. Na pierwszy ogień poszły aparaty, potem balast i płetwy. Dopiero trzecie zejście robiliśmy w sucharach, z twinami na plecach. Mimo niskiej temperatury powietrza stojące w zenicie słońce spowodowało, ze byłem cały mokry. Ale wejście do wody natychmiast przywróciło właściwą temperaturę. A nawet trochę za bardzo ją obniżyło, jako że przy zakładaniu troszkę pękła mi kryza, i woda cieniutkim strumyczkiem zaczęła płynąć do środka…


 

Przedzierając się przez gęste lasy brunatnic wypłynęliśmy na otwarte wody, gdzie od razu chwycił nas w swe objęcia prąd przypływu. Nie ułatwiało to robienia zdjęć, ale nie było też tak znowu źle. Klękając na dnie bez kłopotu można było przeciwstawić się „wianiu”. Niesiony prądem wody wpłynąłem za dwa wielkie głazy, gdzie woda uspokoiła się i można było na chwilę przystanąć. Zerknąłem w lewo, na pokryty bogatą roślinnością głaz i zobaczyłem wlepioną w siebie parę wyłupiastych oczu. Patrzyły czujnie i mocno nieufnie, mimo że ani mi w głowie było robić ich właścicielowi jakakolwiek krzywdę. Przyczajony za pomarańczową, roślinną osłoną krab wyglądał na tyle ciekawie, że uniosłem do oka aparat. Biedak, nie miał dokąd uciekać, więc dzielnie znosił tą rozciągniętą w czasie sesję. Rozciągniętą, bo gdy tylko się odsunąłem, moje miejsce zajął Marek. I znów błyski fleszy zalały światłem okolicę. Ruszyliśmy dalej.

Przepatrywałem uważnie znajdujące się z prawej strony zbocze, gdy jakiś ruch odciągnął moja uwagę ku lewej, w toń. Wielka ławica drobnych śledzi (czy innego ustrojstwa – nie jestem w tym zbyt dobry) przesłoniła na chwilę widnokrąg, skutecznie zasłaniając światło. Tak szybko, jak sie pojawiły, rozpierzchły się, dzieląc Siena dwie, mniejsze grupy. Jedna z nich pomknęła dalej, pod prąd, podczas gdy druga wykonując duże koło, po chwili znów znalazła się wokół mnie. Setki niewielkich rybek błyskało łuskami przemykając w przeciwnym do mojego kierunku. Ich łuski na tyle mocno odbijały światło z lampy błyskowej, że zrobienie udanej fotki graniczyło z cudem. I to pomimo tego, że jej moc skręciłem do minimum! Ten spektakl tak nagle, jak się rozpoczął, tak się i skończył. Ledwie oderwałem aparat od oka po wykonaniu kolejnego zdjęcia, gdy okazało się, że tkwiłem sam w toni, dryfując dość szybko nad widocznym kilka metrów niżej dnem.



Zanurzyłem się, tak by płynąć jakiś metr nad nim, i zacząłem szukać kolejnego ciekawego obiektu do uwiecznienia w kadrze. Nie musiałem się długo rozglądać. Moja uwagę przykuł nagły ruch właściwie tuż pode mną – to częściowo zagrzebana w piachu flądra nie wytrzymała napięcia i wyskoczyła ze swojej kryjówki. Odpłynęła kawałek i znów przysiadła na dnie. Pomny doświadczeń z poprzednich zanurzeń nie ruszyłem za nią. Teraz już była zdenerwowana, i o bliskim podejściu raczej nie było mowy. Zamiast tego rozpocząłem uważne przepatrywanie piachu szukając jej braci i sióstr. Były! I to naprawdę liczne. Tylko całkiem sprytnie zakamuflowane. Zbliżając się powoli do leżącej na piasku osobniczki, patrzyłem na nią przez wizjer aparatu. Czekałem na chwilę, gdy zacznie się unosić, by w następnym ułamku sekundy pierzchnąć gdzie pieprz rośnie. Gdy drgnęła, nacisnąłem spust migawki, ale spóźniłem wykonanie zdjęcia o jakiś ułamek sekundy. Ryba była już ustawiona bokiem. Cóż, trzeba było powtórzyć podchody. Na szczęście fląder nie brakowało i nim minęło kolejnych 7 minut miałem już satysfakcjonujący efekt zapisany na karcie pamięci.



Do końca nurkowania pozostało jeszcze trochę czasu, ale rozpocząłem już powolne wynurzanie. To była słuszna decyzja, bo po upływie kilku minut nie tylko że spotkałem ponownie Marka z Alkiem, to jeszcze wpłynęliśmy w ławicę meduz. Znów można było trochę pofotografować.
 

Jakoś nie miałem szczęścia do tych ryb. W czasie mojego poprzedniego pobytu na Lofotach, w 2006 roku, tylko raz spotkałem zębacza. I to małego. Na dodatek siedział schowany pod liściem i tylko pysk wystawał mu spod zielonej kołderki. Tym razem nie było lepiej. Jedyny, którego dotychczas spotkałem, przy Ring Island w Bodo wypiął się, i to dosłownie na mnie tyłkiem. Pobyt w Hamnoy dobiegał końca i moje szanse na spotkanie z choć jednym topniały z każdą chwilą coraz bardziej. Po porannym nurkowaniu na rafie w fiordzie (tak tak, w Norwegii też zdarzają się rafy i koralowce!) po południu mieliśmy wskoczyć do wody na pełnym morzu, przy wypiętrzeniu dna, przy którym dość często zbierały się wielkie ryby.

Cały sprzęt przenieśliśmy na wynajętą przez Daniela duża motorówkę, i jeszcze przed odbiciem od pomostu wciągnęliśmy na siebie suchary. Do celu mieliśmy płynąć ok. 10 minut, wiec nie było sensu przebierać się później, na wodzie.

Gdy tylko znaleźliśmy się na pozycji, wskoczyłem do wody i zacząłem opadać w dół. Jacek, z którym miałem wspólnie nurkować, nie był jeszcze gotów i obiecałem, że poczekam na niego na dole. Zmartwiła mnie trochę widoczność. Wyraźny prąd niósł sporo drobin, tak że woda zdawała się usiana kaszką. Na dodatek w toni nie było widać ani jednej dużej ryby. Nie wspominając o obiecanej ławicy…



W końcu, na 23 metrach zmaterializowało się dno. Pokręciłem się chwilę, zerkając od czasu do czasu pod wielkie liście brunatnic w poszukiwaniu czegoś do „ustrzelenia”, aż obok nie pojawił się Jacek. Mogliśmy ruszyć w drogę. Niestety, niewiele się działo. Dużych ryb nadal nie było, więc skupiłem się na przeszukiwaniu dna. Przed nami pojawił się piaszczysty placek, otoczony ze wszystkich stron gęsta roślinnością. Był spory, wielkości 2/3 boiska do koszykówki i cały usiany flądrami. Rozpoczęło się polowanie, jako że czujne zwierzaki nie dawały za blisko do siebie podpłynąć. A ja, jeszcze na powierzchni, ustawiłem obiektyw na 10 mm, licząc na ławice dużego zwierza.
 

Minęło kilka minut zabawy w ciuciubabkę i miałem dosyć. Jacek jeszcze kręcił się za kolejną, zmykająca mu flądrą, gdy ruszyłem nad pokrytym brunatnicami dnem, uformowanym w tym miejscu w niewielki kanion. Byłem w połowie jego długości, gdy jakiś błysk z lewej strony przykuł moja uwagę. Po chwili, na granicy widzialności zobaczyłem unoszących się z dna Agatkę i Dominika. Fotografował Ją, czy coś znaleźli? Ruszyłem w to miejsce i po chwili, w rozpadlince pode mną zobaczyłem zębacza! Opłynąłem go, podpływając od przodu i z większego dystansu zrobiłem pierwsze zdjęcie. Tak, by w miarę wcześnie ustawić poprawne parametry ekspozycji. Po raz kolejny przekląłem ultra szeroki kąt obiektywu i zawiesinę unosząca siew wodzie. Dawała stanowczo za dużo odbić. Odsunąłem jeszcze dalej lampę i zacząłem powoli zbliżać się do ryby. Wyraźnie była zirytowana moją obecnością, bo już po pierwszym zdjęciu z mniejszego dystansu poruszyła się nerwowo. Drugi błysk lampy okazał się przegięciem – wkurzony zębacz zerwał się z dna i wykonując ciasny nawrót błyskawicznie zniknął gdzieś w mętnej toni. Szkoda, bo nie miałem go jeszcze na wymarzone 20 cm… Z czekającym cierpliwie z boku Jackiem zaczęliśmy uważniej przetrząsać brunatnic owy las. Ale niewiele to dało.

Po chwili charakterystyczny gest „zimno mi” w wykonaniu Jacka zakończył nasze 51 minutowe nurkowanie.

ZAMÓWIENIA
KONTO
KONTAKT
© 2017 fotopodwodna.pl        Oprogramowanie sklepu internetowego web-market.pl
^
Aby zapewnić Państwu najlepsza formę prezentacji i możliwość szybkiego złożenia zamówienia na naszej stronie wykorzystujemy pliki cookies. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. W każdej chwili możesz zmienić swoje ustawienia. Dowiedz się więcej w naszej Polityce Prywatności